DOJAZDÓWKA (Europa, Maroko, Sahara Zachodnia, Mauretania)



Hurra! Wyjechaliśmy. Wprawdzie z piętnastodniowym opóźnieniem związanym ze zmianami klimatycznymi w rejonie Polinezji Francuskiej i atolu Murrora, ale teraz nic nas już nie zatrzyma.

Start zgodnie ze słowiańska tradycją odbył się 01.01.2009 o godz. 00:01 z bazy w Rościsławicach.

Tuż przed Jędrzychowicami ogarnęła nas senność, lecz hart ducha powstrzymał przed biwakiem. Ten stan trwał dalej przez najbliższe 46 godzin, aż do promu przez Cieśninę Gibraltarską.

Na promie złożyliśmy głowy na oparciach i przegapiliśmy funkcjonariusza służb bezpieczeństwa Maroka, który rozdawał kartki z pieczątkami na wjazd bez ponownej kontroli. Naruszenie to zaowocowało przedłużoną odprawą graniczną, podczas której nauczyliśmy się pierwszego słowa po francusku. Magiczne „Kadou” czyli podarunek / gratis / prezent / zapomoga / renta / opłata manipulacyjna / wartość klimatyczna / podatek ekologiczny itd.

Ponieważ spaliśmy całe 30 minut,  postanowiliśmy jechać dalej aż do pierwszego noclegu w Afryce – romantycznej nocy na stacji benzynowej sieci Mahommed Oil.

Rano plątamy to trochę się po północnym Maroku, a po południu wjeżdżamy w wysoki Atlas. O 21.00 pora na biwak na wysokości 2200m n.p.m. i w temperaturze -5C. Niestety w nocy niechcący rozładowaliśmy akumulator… ale nasz DEF ma drugi : ) Rano mijamy pasterzy w znajomo wyglądających ciuchach. Odkrywamy, iż scenograf „Gwiezdnych Wojen” nie napracował się zbytnio. Ubrania, architekturę i klimaty skopiował z kultur północnej Afryki – nawet zwierzaki!

Afryka zaczyna się za Maroko.

Droga pomiędzy posterunkami granicznymi Marokańskim i Mauretańskim to 5km pola minowego, przez które przejeżdża się szlakiem off-road. Budynki służb sklecone są z desek od palet, a pierwsze miłe słowa żołnierza to – „daj mi swój komputer”. Odpowiedź „na drzewo”, zrozumiał jednoznacznie. Niestety pan od wiz… reszty nam już nie wydał.

Pierwszy nocleg w Mauretani (Novadhibou) spędziliśmy na kempingu w centrum miasta. Jak się później dowiedzieliśmy, dzień wcześniej wyciągnęli tu z auta i stłukli jakiegoś Szwajcara. My jednak nie natrafiamy nawet na najmniejszy objaw agresji.

Uwaga dnia! Nie tankujcie na Orlenie. W Saharze Zachodniej paliwo po 1,20 PLN.

Na kempingu poznajemy Francuza, który na Defenderze 130 (taki jak nasz) zbudował mieszkanie z sypialnią kuchnią i łazienką. Wygląda pokracznie, ale przygodowo.

Pierwsze prawdziwe spotkanie z pustynią to droga do Ataru. Po wjeździe na wydmy grzęźniemy totalnie. Szpadel i trapy wydobywają nas z opresji po 3 godzinach. Nowa strategia to jazda torami kolejowymi. Trochę trzęsie ale nie narzekamy, bo lokomotywy mają światła… chyba.

Monolit – kamyk wysoki na 300m. Śpimy koło niego żeby osłonić się przed wiatrem, ale w świetle dnia głaz pięknieje i wygląda naprawdę niesamowicie.

Następnego dnia zatrzymujemy się w bezludnej okolicy na dolewkę paliwa. Nagle niewiadomo skąd pojawiają się pasterze. Dzielimy się naszymi doświadczeniami z hodowli kóz dolnośląskich i jedziemy dalej.

Dojeżdżamy do Niego – utęsknionego oceanu.

Piękna dzika plaża, ale niestety znów się zakopujemy.

Granice z Senegalem możemy przekroczyć w dwóch miejscach. Tomek wybiera drogę dłuższą przez mokradła, ale pozbawioną pasożytów granicznych i sępów celnych.

Pogranicznikom z Mauretani nie płacimy nic – jesteśmy twardzi jak stal i w tym duchu wjeżdżamy na most.

Nie ma przyjaźni miedzy narodami. 10 EURO za most, 10 Euro odprawa auta, 10 Euro za każdy paszport i 35 Euro za ubezpieczenie – klęska!

Na hasło, że nie mamy proponują pożyczkę i asystę 30km do bankomatu.

Po 20 kilometrach pierwsza kontrola policyjna i mandat za brak pasów. St Louis miało być kolonialnie i romantycznie, a jest brud przekraczający afrykańskie standardy.

Obławy policyjne na nasze auto z testem: paszport, dokumenty samochodu, ubezpieczenie, dokumenty odprawy, trójkąt, apteczka – (mija nas po ciemku auto bez świateł i szyb) – gaśnica, prawo jazdy, prawo jazdy międzynarodowe – ostatniego nie mamy : (((

Welcome to Senegal !
Na plaży w St. Louis Tomek rozbija namiot i przenosi na rękach chorego Przemka… biegunka przechodzi do rana.

10 dnia podróży docieramy do dużo przyjemniejszego Dakaru. A w Dakarze? A w Dakarze dołącza Janusz. Koniec z  brudnymi nogami i przeklinaniem!

 

 

 

One Response to “DOJAZDÓWKA (Europa, Maroko, Sahara Zachodnia, Mauretania)”

  1. andrzej sniegocki Says:

    powodzenia na wyprawie

Leave a Reply