DEJA VU (Angola)



17 lutego. O ósmej dostajemy paszporty. Jeszcze tylko celnicy i droga wolna.

Na wejściu celnik prosi o butelkę wody. Niestety mamy ostatnie trzy, więc próbujemy wyłgać się z podarunku. Uśmiecha się i mówi: “jak nie będzie wody… to Luandy (stolica Angoli) też nie będzie”. Robi to sympatycznie i bez zażenowania. Zamiast wody dostaje ciastka i jest OK.

Noqui, pierwsza miejscowość za granicą, zaskakuje innością. Chociaż asfalt jest w fatalnym stanie, to reszta z zupełnie niezłym. Szkoła, szpital, nowe elewacje na budynkach. Na wzgórzu stoi duża dwupiętrowa willa, poniżej w ogrodzie basen z wieżą do skoków. W basenie co prawda nie ma wody, ale i tak całość robi piorunujące wrażenie. U podnóża miasteczka polowe lotnisko, a dalej koniec asfaltu i podła droga. Wnioskujemy, że lokatorzy willi nie przyjeżdżają tu samochodami : )

Dalej przez kilkadziesiąt kilometrów drogą wije się po pagórkowatej okolicy. Dookoła, jak okiem sięgnąć, wzgórza pokryte trawą i połaciami tropikalnego lasu. Niektóre porośnięte pojedynczymi drzewami, przypominają łysiejące jeże. Czasami zbocza ozdabiają surowe, ciemnoszare głazy i skały. Gdyby nie zdradliwe kałuże i wypłuczyny, jazda byłaby szybka i przyjemna.

Mijamy wioski. W każdej czyste murowane domy, ustawione wzdłuż drogi w regularnych rzędach. W centralnym miejscu duża okrągła świetlica i minimum jedna, dumnie powiewająca flaga narodowa. Elementy patriotyczne spotykamy bardzo często, na ogół w postaci koszulek, czapek lub chust. Wszędzie żółta gwiazda na czarno-czerwonym tle. Przebojem dnia jest jednak sztandar zatknięty w zaorane pole (?!)

Za Tomboco spotykamy parę starszych Afrykanerów (Holender i Angielka) w Renault Mesenger 4×4 (śmieszny, ale dzielny). Jadą do Nigerii. Pobrali się tam 25 lat temu. Wymieniamy się cennymi informacjami i korygujemy trasy. Oni przekroczą granicę w Matadi, a my od Benguela skręcimy w głąb kontynentu. Podobno droga wzdłuż wybrzeża jest fatalna. Ściskamy się po pożegnanie. Przesympatyczni ludzie. 

Przed wjazdem do Angoli straszono nas bardzo częstymi i rygorystycznymi kontrolami drogowymi. Nic bardziej mylnego. Pierwsza, na którą się natknęliśmy, była kilkadziesiąt kilometrów od granicy i wyglądała jak pogawędka starych znajomych. Do stolicy byliśmy kontrolowani cztery razy (na odcinku 500km), a tylko raz pokazywaliśmy paszporty. Dobrym patentem jest zapomnieć o angielskim i używać wyłącznie języka polskiego. W okolicy kręci się dużo Rosjan, którzy szukają złóż gazu, więc na lekko zmiękczone „dobry wieczór” szlaban bez pytania idzie w górę. Przemek rozkręcił się na tyle, że musiałem sobie przypomnieć jak jest dobranoc po rosyjsku.

Okolica ładna. Dookoła soczysta trawa, słoniowe baobaby, skały. Idealne warunki dla wszelkiej zwierzyny. Niestety dziczyzny brak : (

W N’Zeto w końcu spotykamy Ocean. Wjeżdżamy na plażę i moczymy zbolałe członki. Potem gawędzimy trochę z młodymi rybakami, którzy dzielili na plaży połów dnia.

N’zeto bez fajerwerków. Kiedyś na pewno ładna miejscowość z promenadą i willami wzdłuż oceanu. Teraz niestety wiele budynków jest zniszczonych i opuszczonych. Zatrzymujemy się w zajeździe u Portugalczyka. Proponuje tuńczyka z ziemniakami i sałatką. Jedyne 10$ za porcję. Dziękujemy i jedziemy dalej. Zwariował!

Następny dzień pokazał, że cena była „uczciwa”… Angola to nie jest kraj dla biednych ludzi!

Droga cały czas zła. Dopiero 120 km przed Luandą trochę się poprawia, a od 60 km jest już dobry asfalt.

Do stolicy docieramy o północy. Plan co prawda był inny (nocleg przed miastem), ale zapędziliśmy się trochę w przemysłowe przedmieścia i postanowiliśmy jechać dalej.

Wjechaliśmy w oświetlone, nowoczesne miasto i kręciliśmy się przez dwie godziny w poszukiwaniu taniego hotelu (najtańszy 100$ za pokój).

Znajomi z RPA wspominali o spokojnym półwyspie 30km na południe od Luandy. Zdesperowani postanawiamy spędzić nocleg na plaży. Droga jest jednak dużo dłuższa niż przypuszczaliśmy. Nie mamy już siły jechać dalej i stajemy na nocleg na terenie wytwórni elementów betonowych. W „uroczej” scenerii rozbijamy namiot na stosie nowiusich płyt stropowych. Śpimy jak zabici.

 

18 lutego. O szóstej budzi nas stróż. Koniec spania! Półprzytomni ruszamy do Luandy. Musimy szybko złożyć wnioski wizowe w ambasadzie Namibii. Niestety z kilku powodów może być z tym problem. Po pierwsze nie dysponujemy dokładną mapą stolicy, po drugie telefonu w ambasadzie od kilku dni nikt nie odbiera, po trzecie nie ma taksówek, które w trudnych sytuacjach wskazywały nam drogę, a po czwarte już na wjeździe trafiamy na gigantyczny korek. Na miejsce docieramy po czterech godzinach stania w większych lub mniejszych trafikach oraz po zaczepieniu niezliczonej ilości kierowców i przechodniów. Niestety pod adresem ambasady… nie ma ambasady. Są natomiast mili panowie, którzy podają nam nowy adres oraz najmilszy, który za opłatą deklaruje pomoc i przeprowadzenie przez uliczną zawieruchę.

O 11.45 znajdujemy ambasadę. Sprawnie dostajemy się do środka i w pięknych okolicznościach nowoczesnego wnętrza, stajemy przed okienkiem wizowym.

Uprzejma pani informuje nas, że oczywiście wiza jest możliwa, ale zaprasza jutro rano. Wnioski przyjmują od dziewiątej do dwunastej. Patrzymy na zegarek jest 11.52, więc proponujemy złożenie wniosków jeszcze dzisiaj. Pani wylicza: dwa zdjęcia, kopia paszportu, wypełniony wniosek, 30$… wszystko leży gotowe o 12.04. Pani przymyka oko na drobne spóźnienie i nasze wnioski zostają przyjęte : ) Okres oczekiwania dwa dni : (

Żeby nie przesadzić, bardzo uprzejmie pytamy, czy dzień jutrzejszy będzie w jakikolwiek sposób możliwy. Przy okazji trochę opowiadamy o wyprawie, o radościach i zmartwieniach… być może uda się coś zrobić.

Po załatwieniu sprawy chcieliśmy szybko rozliczyć się z naszym przewodnikiem i w końcu pojechać odpocząć na półwysep. Niestety podana przez niego kwota 100$, znów zmusiła nas do wysiłku negocjacyjnego. Z uczuciem krzywdy pożegnał nas z 60$ w kieszeni.

Próbujemy jeszcze pojeździć i poszukać hotelu, ale korki szybko zniechęcają nas do tego pomysłu. W 2010 roku w Luandzie i Bengueli odbędą się Mistrzostwa Afryki w piłce kopanej i z tego powodu w obu miastach prowadzone są bardzo intensywne budowy i modernizacje. Pochodną tych działań są niestety dłuuuuuugie korki. Widzieliśmy jednak miejsca już przebudowane i uważamy, że warto trochę postać, ponieważ efekt robi ogromne wrażenie.

Wielopasmowe, szerokie ulice z „zieloną falą”, deptaki, ławeczki. Wszystko zrobione z dbałością i estetyką. Angola pod względem ekonomicznym, wyróżnia się bardzo pozytywnie na tle północnych sąsiadów. Tutaj czas gra na korzyść.

Niestety także tego dnia, obaj mieliśmy spotkanie ze stróżami prawa i choć przewinienia były bardzo błahe, to konsekwencje bardzo niemiłe. Moje przewinienie polegało na zatrzymaniu auta na dwie minuty zbyt blisko skrzyżowania (róg Engelsa i Ho Chi Minh’a). Pan policjant z uśmiechem zwrócił mi uwagę. Wytłumaczyłem się, przeprosiłem i chciałem spokojnie odjechać. Ale nie! Prosi o dokumenty i mówi, że trzeba będzie zapłacić. Wiem, czym kończy się oddanie prawa jazdy (Przemek opowie wybranym…), więc spokojnie tłumaczę jeszcze raz, że podróżnik, że czekam na kolegę, że stoję moment. On cały czas swoje. Poważnieje, pokazuje na krawężnik i każe zapłacić. Żadnej wyrozumiałości. Prosta zasada angolskich stróżów prawa – popełniłeś przestępstwo, my ciebie na nim przyłapaliśmy i musimy przykładnie ukarać… chociaż wiemy, że wina żadna. 

Wyjeżdżając z miasta, robimy jeszcze zakupy w dużym markecie. Ceny szokują! Serek filadelfia 16$, czekoladowe chrupki śniadaniowe 10$, mleko 3$, czekolada 5$.

Ile oni tu zarabiają (!?!), bo sklep pełen ludzi. Przy wyjściu obowiązkowa kontrola paragonu, a miejscowi dodatkowo pokazują jeszcze torby i plecaki (jak w polskim Media Markt : ) 

Na półwysep docieramy późnym popołudniem. Znajdujemy zupełnie odludną, czystą plażę i rozbijamy obóz. Kąpiemy się o zachodzie słońca. Potem jemy kolację, wypijamy po zimnym piwie i gadamy. Odgłosy oceanu i przyjemny wiatr koją po trudach dnia.

 

19 lutego. Wstajemy leniwie. Majstrujemy trochę przy aucie. Kąpiemy się i pędzimy do ambasady. Z nadzieją w oczach stajemy pod okienkiem równo o piętnastej. Niestety nasza Pani robi strapioną minę i zaprasza jutro. Gdy już odchodzimy, mówi żebyśmy nie byli smutni, bo to taki… żart. Wizy gotowe.

Wskakujemy do auta. Plan dnia to zbliżyć się znacznie do granicy z Namibią. Najpierw jedziemy ładną drogą wzdłuż klifowego brzegu oceanu. Równa, asfaltowa droga wije się to w górę, to w dół. Za oknem baobaby i drzewa kaktusowe. O zachodzie, odcinają się ciemnymi sylwetkami na tle czerwonego słońca.

Z Benguela odbijamy na drogę do Quilengues. Nowy asfalt ponabijany „kocimi oczami”, ułatwia nocną jazdę. Skończyły się baobaby i kaktusowce, teraz wzdłuż drogi zielone krzaki i wypalona trawa. Zatrzymujemy się na noc w tej półpustynnej scenerii.

 

20 lutego. Śniadanko i w drogę. Dzisiaj musimy dotrzeć do granicy. Po kilkudziesięciu kilometrach jednak krótka przerwa. W zaroślach stoi wypalony czołg z czasów wojny domowej. Mmmm!

Niestety zjeżdżanie na pobocza, ze względu na pozostawione po działaniach miny, jest bardzo niebezpieczne, więc… już za moment Defek dumnie pozuje przy zardzewiałym koledze ; )

Po dokładnym spenetrowaniu wszystkich zakamarków i sesji zdjęciowej nowego dowódcy, ruszamy dalej. Okolica mocno się zmienia. Na horyzoncie pojawiają się wysokie wzgórza. Skalne zbocza porastają drzewa i trawa. Od czasu do czasu mijamy też ogromne formacje skalne, wyrastające niczym piramidy z morza zieleni. Ciemnoszare skalne ściany górują nad okolicą. Droga powoli pnie się w górę, a powietrze robi się przyjemnie rześkie. Kończą się „nowoczesne” wioski, znów dominuje typowa afrykańska zabudowa.

Niestety piękny asfalt znika po kilkudziesięciu kilometrach i dalej jedziemy gruntowymi objazdami, bo inwestycja trwa w najlepsze. Osiągamy 1700m i wjeżdżamy do Lubango, ostatniego na południu dużego miasta Angoli.

Mnóstwo większych i mniejszych domów gęsto usadowionych na wzgórzach u podstawy potężnego masywu. Korzystając z pory obiadowej, jemy późny obiad w zaciszu malowniczego pastwiska. Znów dźwięk odpalanej kuchenki zwabił okolicznych mieszkańców. Częstujemy czym mamy i wdajemy się w krótką pogawędkę z dwoma pasterzami. Modele nie z tej ziemi… nie wiem co napchali do fajek, ale uzyskali pełen luz ; ) 

Sto kilometrów za Lubango kończy się dobra droga i znów brniemy w ciemności 20-30 km/h, wśród morza błota i niekończących się dziur.

Na dwieście kilometrów przed granicą pojawiają się chińskie ciężarówki, to znak, że droga niedługo powinna się poprawić. To dobra wiadomość, bo zacinający deszcz i fatalny stan nawierzchni zaczynają nam już doskwierać. O pierwszej w nocy natykamy się na kilkusetmetrowy rząd stojących aut. Mijamy wszystkich. Kiedy podjeżdżamy bliżej, dostrzegamy ciężarówkę stojącą na zakręcie wysokiego nasypu. Tylna część naczepy zsunęła się i postawiła auto w  poprzek drogi. Znajdujemy wąski przejazd przy samej krawędzi. Rozmyty piach jest jednak mało stabilny i manewr wydaje się bardzo ryzykowny. Przemek chwyta za łopatę i w strugach deszczu wyrównuje maksymalnie wolny przejazd. Ja delikatnie podjeżdżam metr po metrze. W końcu jest tak wąsko, że dla bezpieczeństwa podpinamy wyciągarkę. Kilkanaście osób zaczyna nam dopingować w zmaganiach, niektórzy chwytają za łopaty i pomagają torować drogę. Po długiej godzinie Defender staje po drugiej stronie.

Do granicy docieramy o trzeciej w nocy, bardzo mocno zmęczeni. Liczymy na sprawną odprawę i wyczekany nocleg po namibijskiej stronie… przejście czynne od ósmej. Czy chociaż raz, nie może być normalnie !!!

 

 

Comments are closed.