DIAMENTY SĄ WIECZNE (Namibia)



21 lutego. Śpimy na przejściu, więc rano jako pierwsi stajemy przed bramą. Odprawa po stronie Angoli przebiega bardzo szybko. Drobny zgrzyt następuje u Namibijczyków. Zdecydowanie żądają adresu pobytu (a skąd my to mamy wiedzieć!!!). W końcu zniecierpliwiony proszę o książkę telefoniczną i wpisuję pierwszy z brzegu hotel w Windhoek. Jeszcze tylko 160 N$ (20$) za samochodową odprawę graniczną i Namibia staje otworem. Lewostronny ruch i urzędowy angielski, wprowadzają miłe ożywienie.

Kraj ekonomicznie na poziomie centralnych prowincji Angoli, jednak zdecydowanie bardziej zorganizowany „dla ludzi” i zdecydowanie milej nastawiony do turystów. Widać, że turystyka jest ważną gałęzią gospodarki Namibii.

Mijane wioski mocno „poplątane” architektonicznie. Dominuje zabudowa tradycyjna z okrągłymi drewnianymi chatami, ale często stoją też murowane domki pokryte blachą oraz bardziej okazałe budynki.   

Za oknem „równina mazowiecka”, trawa, drzewa, krzaki, pola kukurydzy. Jedziemy w tym sielskim krajobrazie kilkaset kilometrów i za Oshivelo skręcamy do Etosha Park.

Liczymy na spektakularne safari i spokojną noc w przytulnej lodge.

Park założony w 1907 roku. Jest położony wzdłuż brzegów jeziora Etosha, rozciągającego się przed milionami lat na ogromnym obszarze.

Jedziemy gęsto obrośniętą drogą, pod kołami białe wapienne podłoże, a na niebie kłębiące się ciemne burzowe chmury, przez które przebija się słońce. Całość robi niesamowite wrażenie. Zwierzaki dość sporadycznie, kilka zebr, antylop, gnu i żyraf. W porównaniu z Ngorongoro czy Serengeti to trochę nudy.

Noc spędzamy w Lodge Halali. Komfortowy pokój z tarasem za 100$, oczywiście ze zniżką 40% dla Mistrzów Negocjacji : )

 

22 lutego. Jemy pyszne śniadanko na hotelowym tarasie. Potem drobne porządki w aucie, kawusia i w drogę. Przejeżdżamy drugą część parku. Dzisiaj więcej zwierząt. Widzimy duże stada zebr i antylop, kilka strusi, gnu oraz cztery żyrafy i jednego lisa.

Z parku jedziemy do Outjo. Potem, pomiędzy pięknymi zielonymi wzgórzami, na wschód do Khorixas.

Na trasie zbaczamy z drogi, aby obejrzeć Rock Finger. Sześćdziesięciometrowy „palec”, stojący w otoczeniu dwóch potężnych skalnych „taboretów”.

Dalej jedziemy malowniczym piaskowym duktem, który wije się pomiędzy zadrzewionymi wzniesieniami. Chociaż niektóre to prawie wyłącznie skała, drzewa silnymi korzeniami wczepiają się w każdy zwietrzały skrawek. Nisko po niebie płyną ciemne chmury.

Podróżowanie w porze deszczowej, a raczej porze deszczu, ma mnóstwo zalet. Pada obficie, ale raczej przelotnie i to głównie popołudniami lub w nocy. Deszcz oczyszcza powietrze, daje chłód i odpoczynek od palącego słońca. Zachody słońca w porze deszczowej są niesamowite. Tylko wtedy niebo płonie całym horyzontem.

 

23 lutego. Śpimy przy drodze. Zupełne odludzie. W nocy przejeżdżają może z trzy auta. Rano jedziemy do lokalnej atrakcji – skamieniałego lasu sprzed 260 milionów lat. Jeżeli ktoś ma naprawdę duuuużo czasu to gorąco polecamy…

W przydrożnym sklepiku z pamiątkami kupujemy trochę drobiazgów i makalani. Makalani to barwione, a potem rzeźbione z afrykańskie motywy nasiona palmy.

Krajobraz coraz bardziej pustynny, na horyzoncie wysokie wietrzejące góry, które po kilkudziesięciu kilometrach przechodzą w wypalone słońcem kamieniste pagórki. Zjeżdżamy powoli cały czas w dół, w stronę oceanu. Kiedy zaczyna się pustynia mijamy bramy parku i wjeżdżamy na Skeleton Coast. Przepiękne dzikie wybrzeże, które swoją nazwę wzięło od wielorybich szkieletów znajdowanych na plażach oraz spoczywających tu wraków.

Co kilkanaście kilometrów robimy przerwy w ciekawszych miejscach. Ja zażywam fallingu w dwustumetrowym przyboju, natomiast Przemo systematycznie przeczesuje plażę. Efekt to szczęka foki i krąg wieloryba. Znajdujemy jeszcze wrak drewnianego statku rybackiego.

Pomimo nie do końca spektakularnych znalezisk, park jest godny polecenia, choćby ze względu na kilkusetkilometrowe, piękne i zupełnie puste plaże oraz niesamowity widok potężnych przybojów.

Wieczorem przejeżdżamy przez miasteczka Swakopmund i Walvis Bay. Pierwsze wygląda jak wychuchana kalifornijska perła architektury, drugie bardziej przemysłowe, ale także bardzo ładne. W obu mieszka bardzo dużo białych, myślę, że część to europejczycy spędzający w luksusowych warunkach zimowe miesiące. Duże inwestycje deweloperskie i liczne biura nieruchomości świadczą o dużym zainteresowaniu tym miejscem.

Śpimy na wydmach przy Walvis Bay.

 

24 lutego. W ramach porannego rozruchu wymieniamy tylne klocki hamulcowe, potem robimy zakupy i ruszamy dalej na południowy-zachód. Dzisiaj na celowniku Sossusvley Park. Prowadzi nas szeroka półpustynna dolina, wzdłuż której ciągną się przez kilkadziesiąt kilometrów wysokie czerwono-rude piaszczyste wzgórza, bardzo podobne do saharyjskich ergów (patrz: Windows XP – Ekran/Właściwości/Pulpit/Wiatr).

Po kilkudziesięciu kilometrach docieramy do końca doliny. To tu, ma być legendarne Sossusvley. Niestety na wskazanym przez tablicę informacyjną miejscu, nie widzimy nic szczególnego. Jest co prawda ładny, piaszczysty parking z kilkoma fasolowcami, ale generalnie lipa : ( Z braku innych atrakcji ganiamy po wzgórzach za pustynnymi żukami. Skubane są bardzo szybkie… Wchodzimy wciąż wyżej i wyżej… i nagle w oddali dostrzegamy jezioro (!?).

Pełna mobilizacja i po kilkunastu minutach zawiłego marszu po ostrych krawędziach wydm – jesteśmy. Wyschnięte jezioro! Piasek pokryty jasną, wapienno-solną powłoką, odcinające się czernią i szarością stare wyschnięte fasolowce, a wszystko to zamknięte amfiteatrem wysokich wydm z czerwonego piasku. P I Ę K N I E !

Kiedy już powoli oswajamy się z magią tego miejsca, ogromna tarcza słońca chowa się za horyzontem, wypuszczając w kierunku wzgórz ostatnie krwiste oddechy… to nie fair : )

Do bramy parku wracamy już w nocy. Wypijamy tam po kuflu fantastycznie zimnego piwa i w błogich nastrojach rozpoczynamy nieśpieszne poszukiwania noclegu. Po kilku nieudanych próbach, związanych z zamachem na budżet wyprawy (130-150$), zatrzymujemy się na przytulnym campingu. Mogę w końcu zmyć z siebie „gniew” oceanu.

 

25 lutego. Kolejny dzień włóczymy się po Namibii. Krajobraz zmienia się dziś zdecydowanie rzadziej. Szeroka szutrowa droga spokojnie prowadzi zielonym płaskowyżem. Z za horyzontu wyrastają kolejne wzgórza.

Na stacji benzynowej w Maltahohe spotykamy starszego Niemca. Rozpytuje o jakieś niezwykłe miejsce. Nie słyszymy dobrze, ale że nie mamy specjalnych planów, więc ruszamy jego tropem. Czterdzieści kilometrów jazdy i… białe kwiatki na mokradłach. Jesteśmy rozczarowani, ale o gustach się nie dyskutuje. Na osłodę oglądamy starą niemiecką farmę z początku poprzedniego stulecia.

Obserwujemy fenomen Namibii. Bardzo słabo zaludniona, jest jednym z najczęściej odwiedzanych krajów Afryki. Namibijczycy żyją w harmonii. Chociaż Czarni mieszkańcy pracują na ogół przy najprostszych pracach, to traktują je bardzo poważnie. Chłopak nalewający paliwo, czy kobieta z chorągiewką kierująca objazdem, czują się ważni i potrzebni. Wzajemny szacunek buduje poprawne relacje pomiędzy społecznościami. Czasy kolonizatorów odeszły bezpowrotnie. Biali gwarantują spokój i rozwój, często powolny, ale i taki w Afryce jest bardzo ceniony.

Do późnego wieczora jedziemy na południe do Rosh. Przez 300km nie mijamy żadnego auta. Wspaniała pustka… wspaniale widoki… wspaniale burze.

 

26 lutego. Wyciek oleju. Usterka nęka nas od wielu dni, jednak cały czas nie udaje nam się znaleźć przyczyny. Także kolejni mechanicy odwiedzani na trasie, umacniają nas w przekonaniu, że powodem jest uszczelka pod filtrem oleju. Dwie wymiany filtra nie przynoszą jednak poprawy. Korzystając więc z „wolniejszego” dnia postanawiamy rozprawić się z problemem.

Po dokładnym wytarciu silnika i kilku uruchomieniach odnajdujemy feralne miejsce. Maleńka dziurka w czujniku ciśnienia oleju precyzyjnie odmierzała kolejne krople dokładnie na filtr. Niestety nie mamy części zamiennej, ale Przemek zaślepia Poxipolem wejście do czujnika i po problemie.

W dobrych nastrojach jemy późne śniadanie. W zajeździe wisi stara tablica informująca, że znajdujemy się przy granicy z „diamond area”. Wejście kosztuje 500 funtów lub rok więzienia… kusi, ale grafik mamy napięty : )

Ruszamy dalej na południe. Niestety szybko okazuje się, że dzień jednak nie będzie „wolniejszy”. Jedyna droga w stronę granicy jest zamknięta. Wezbrana rzeka podmyła ją w wielu miejscach. Pozostaje zawrócić i wielką pętlą (Aus/Ketman Schoop/Grunau) nadrobić ponad pięćset kilometrów !

Cały dzień jedziemy zielonym płaskowyżem. Cały dzień trawa, porośnięte skalne wzgórza oraz górskie masywy gdzieś w oddali.

Wymęczeni zatrzymujemy się przed granicą w Noordoewer. Niestety noc nie daje szybkiego odpoczynku… Rzeka Orange to wymarzone miejsce dla wszelkiej maści latającego cholerstwa, a konkurencji praktycznie żadnej. Spanie w zamkniętym namiocie przy temperaturze 25 stopni jest niemożliwe, więc nakrywam go szczelnie moskitierą i przez kwadrans systematycznie oczyszczam wnętrze. Próbuję w środku jeszcze pisać, ale owady nacierają z taką furią, że daję za wygraną i gaszę światło. Przemo zaczepia moskitierę na Defku i śpi na „świeżaku”.

 

 

Comments are closed.