DWUNASTY RÓWNOLEŻNIK (Senegal, Mali, Burkina)



Za nami 10 dni przygody. Za plecami zostawiamy Europę, Maroko, Saharę Zachodnią i Mauretanię.

Docieramy do Senegalu. Noc na plaży, rano pierwsze poważne porządki w aucie.  Wypakowany ekwipunek prezentuje się okazale, a jego ilość jest naprawdę imponująca.

Niestety plaża jest brudna. Nie nastraja do kąpieli i odpoczynku. Myślę, że to bliskość stolicy, ponieważ plaże dalej na południe podobno są już ładne. Ruszamy w głąb kontynentu. Kilkadziesiąt kilometrów od Dakaru stosunek asfaltu do dziur, zdecydowanie przechyla się na korzyść tych drugich. Mozolnie pokonujemy kilometry dzielące nas od granicy z Mali. To także pierwszy poważny test zawieszenia naszego dzielnego Defendera. W Diboli sprawnie przekraczamy granicę. Wizy to wydatek 15.000 CFA (ok. 25 euro).

W pierwszym kontakcie Mali zaskakuje nas bardzo dobrą jakością dróg, niezwykle przyjaznymi mieszkańcami oraz niepowtarzalnym widokiem baobabów. Miasteczka i wioski są stosunkowo czyste, wszyscy bardzo pomocni i mili.

Do stolicy Mali, Bamako, docieramy 13 stycznia. Bez problemów dostajemy wizy nigeryjskie. Nie był to oczywiście przypadek, tylko efekt wyrafinowanej gry Przemka, który bez skrupułów oczarował jedna z pracownic ambasady. Wynik – wiza w niespełna 24 godziny! Planujemy użyć naszej „tajnej broni” jeszcze nie raz, o czym Przemo jeszcze nie wie : )

Z Bamako jedziemy na północny-wschód do kraju dogonów. Plemię żyje na płaskowyżu oraz  na otaczającej go pustyni. Podziwiamy piękno tego miejsca oraz niezwykłość architektury. Ciasno skupione, kwadratowe gliniane chaty z okrągłymi dachami pokrytymi trawą. Wszystko poprzecinane labiryntem wąskich uliczek i zamknięte murem wytyczającym granice wioski. Główną rośliną uprawianą przez dogonów jest szczypior. Porasta on większość uprawnych terenów płaskowyżu. Wytwarza się z niego specjalny syrop oparty na plemiennych recepturach.

Noc spędzamy u pana Kene, który jako jedyny zadbał o małe estetyczne tabliczki informacyjne, które bezbłędnie doprowadziły nas do jego „hoteliku”. Wieczorem jedziemy nad krawędź masywu. Podziwiamy tysiące nietoperzy wylatujących z pionowych ścian w promieniach zachodzącego słońca. Widok jest niesamowity!

Rano żegnamy się wylewnie z Kene i ruszamy dalej. Zgodnie z namową naszego gospodarza, jedziemy pustynią wzdłuż potężnej ściany masywu. Wiele godzin używamy wyłącznie kompasu, przejeżdżamy przez przepiękne tereny, przez rozsiane po pustyni samotne wioski, których mieszkańcy niezwykle rzadko widzą białego człowieka.         

Następną noc spędzamy na równinie sawanny, około 200 km na zachód od miasta Gao.

Biwak rozbijamy pod 800 metrową formacją skalną, przypominającą amfiteatr. Dzielnie dzielimy się obowiązkami. Tomek i Przemek uzbrojeni w siekierę „znanej firmy”, idą pozyskać drewno, ja rozbijam obóz. Wyprawa okazuje się spektakularnym sukcesem. Niestety rozpalenie ognia… już mniejszym. Kolejne próby podejmowane przez wszystkich uczestników wyprawy, kończą się sromotną porażką. Przemek dodatkowo otrzymuje żółtą kartkę za podrzucanie ukradkiem do ogniska kawałków wyschniętej krowiej kupy.

Wyjaśnienie okazuje się proste. Drzewa na sawannie, nękanej częstymi pożarami, wytworzyły system obronny. Pod szczelną suchą korą,  znajduje się niezwykle wilgotny miąższ, praktycznie uniemożliwiający zapalenie żywego drzewa. W kolejnych dniach nie dziwiły nas już stosy suchego drewna sprzedawane wzdłuż drogi.

 

17 stycznia. Wstajemy o świcie i całe przedpołudnie poświęcamy na wspinaczkę. U podstawy potężnej skały ze zdumieniem odnajdujemy opuszczoną wioskę. Dawno zapomniane kamienne obejścia, porzucone narzędzia, żarna, gliniane misy, tykwy.

Panuje zupełna cisza, tylko czasami wiatr zagra w pustych obejściach.   

Po południu ruszamy do Gao. Widzimy pierwszych Tuaregów, legendarnych ludzi pustyni. Przejeżdżamy przez południowe tereny ich surowej, pustynnej krainy. Bardzo ciemne, spalone słońcem twarze o arabskich rysach budzą respekt.

Po drodze pomagamy uruchomić starego Mercedesa Busa. Z obawą zaczepiamy go do Defka, gdyż stan nadwozia budzi wiele zastrzeżeń. Niegdyś prosta jak struna rama, wije się teraz w obu płaszczyznach. Pomimo naszych obaw konstrukcja wytrzymuje, ale silnik najwyraźniej jest w gorszej kondycji. Przez kilkaset metrów z rury wydobywa się czarny dym i dopiero gdy auta prawie giną za horyzontem z ulgą słyszymy potężny ryk uruchomionego diesla. Przemek beztrosko zatrzymuje auto używając… hamulców! Na szczęście kierowca busa wykazuje zdecydowanie więcej rozsądku i precyzyjnym manewrem omija o włos tył naszego auta. Naprężona lina przesuwa tył Defka o dobry metr. Kiedy kurz ciągle jeszcze wisi w powietrzu, wszyscy pędzimy w kierunku samochodów. My, żeby ocenić ewentualne straty w podwoziu, pasażerowie Mercedesa natomiast, aby pogratulować kierowcy trzeźwości umysłu i doskonałego refleksu w sytuacji wywołanej niefrasobliwością Przemka. Jak można było wpaść na pomysł, żeby używać hamulców !   

W Gao przekraczamy rzekę Niger. W mieście robimy zakupy korzystając z miejscowego przewodnika. Wydajemy co prawda 3$, ale sprawy załatwiamy bardzo szybko, a produkty kupujemy dużo taniej.

Odwiedzamy portowe nabrzeże. Rzeka płynie leniwie szerokim nurtem, a porośnięte wysoką trawą brzegi zdają się wyrastać wprost z wody. Na tle zachodzącego słońca przypływają kolejne pirogi. Smukli, wyprostowani mężczyźni wiosłują powoli. Ich ruchy są płynne i nie zdradzają zmęczenia. Długie drewniane wiosła miękko przechodzą przez wodę.  

Wieczorem odwiedzamy restauracyjkę Pana Adama. Jesteśmy zachwyceni jakością jedzenia, czystością lokalu (także kuchni!) oraz afrykańską muzyką umilającą konsumpcję. Osobom przejeżdżającym przez Gao gorąco polecamy to miejsce.

 

18 stycznia. Dziś w planach mamy wjazd do Nigru oraz dotarcie do Niamej (stolica). Jedziemy do granicy wzdłuż potężnej rzeki Niger. Towarzyszą nam piękne widoki na zielone rozlewiska. Jeszcze nie wiemy, że nad naszą beztroskę nadciągają burzowe chmury. 

Pierwsze rozczarowanie przychodzi na granicy. Wbrew uzyskanym informacją, otrzymanie wizy Nigru na przejściu granicznym w Ayarou jest  n i e m o ż l i w e ! 

Zawracamy. Uruchamiamy plan awaryjny. W stolicy Burkina Faso (ok. 600 km) chcemy uzyskać wizę w ambasadzie Nigru. Aby nadgonić stracony czas, jedziemy skrótem przez pustynię. Co trzy godziny wymieniamy się za kierownicą. Szybka jazda pustynną drogą wymaga dużej koncentracji. Załadowane auto myszkuje (cokolwiek to znaczy) i podskakuje na niestabilnym podłożu. Przejeżdżamy przez malownicze wioski, których mieszkańcy przyglądają się nam z dużym zainteresowaniem i życzliwością. Po kilku godzinach jesteśmy już w Burkina. Tu sensacyjna i 100% pewna informacja, że wizę Nigru otrzymamy bliżej, na większym przejściu granicznym w Tera. Zmieniamy więc plany i ruszamy znowu w kierunku granicy, tym razem Burkina-Niger. Po trzech godzinach pustynnych zmagań, znów stajemy przed urzędnikiem Nigru… Za dwa dni w stolicy Burkina – Ouagadougou, składamy wniosek o wizę… Nigru : )

Wiemy, wiemy – trochę to skomplikowane.

 

W Ouagadougou (czyt. Łagadugu) spędzamy dwa miłe dni w hotelu Pavilon Vert. W oczekiwaniu na wizy (także wizę Czadu), odpoczywamy, pierzemy, przeglądamy auto oraz rozmawiamy i wymieniamy informacje z innymi podróżnikami.     

 

21 stycznia. Z wizami w paszportach, ruszamy (po raz trzeci) w stronę Nigru. Tym razem na celowniku przejście w Kantchari. W nocy, 180km przed granicą, zatrzymuje nas wojsko. Ze względu uzbrojone bandy nie możemy kontynuować jazdy. O świcie ruszamy w konwoju. 

Niger wita nas burzą piaskową. Na krótko zatrzymujemy się w Niamey. Miasto stosunkowo małe jak na stolicę. „Nowoczesne” centrum mieści się w jednym kwartale, poza tym biedniej niż w Mali i Burkina. Niamey szybko zniknęłoby z naszej pamięci, gdyby nie drobny incydent z udziałem czterech aktorów: defendera, Tomka, Woziwody o nieznanym imieniu oraz dwukołowego wózka… : )

Dalej jedziemy na północny-wschód w kierunku Gór Air. W Abalak zatrzymujemy się na noc. Ze względu na rebeliantów, dalsza jazda tylko w konwoju. Najbliższy… jutro o szesnastej : (

Leave a Reply