GŁOWA LWA (RPA)



27 lutego. Dzisiaj czternaste urodziny Basi.  

Rano sprawnie przekraczamy granicę RPA. Dostajemy darmowe wklejki wizowe w paszporty oraz obiegówkę, która prowadzi nas sprawnie od jednych drzwi do drugich. Po dziesięciu minutach wrzucamy kartkę do białej skrzynki wiszącej na ścianie. I tyle : )

Wróć! Zapomniałem o niemiłym akcencie. W jednym w pokoi stała duża skrzynka wypełniona po brzegi niebieskimi sześciopakami z napisem promującym „bezpieczne zbliżenia”. Do końca dnia kołatało nam w głowach bolesne pytanie. Dlaczego sześciopak…(?!)

Wjeżdżamy do RPA z dużą ciekawością i jednocześnie z lekkim niepokojem. Od lat wiele się mówi się o trudnej sytuacji politycznej tego kraju, o emigracji Białych, o przemocy. Jednak pierwszy dzień nie potwierdza naszych obaw. Z relacji spotkanych osób dowiadujemy się, że głównymi miejscami zapalnymi są okolice Johannesburga. Zachodnia i południowa część kraju są dość spokojne.

Tak jak w Namibii, także tu większość biznesu jest w rękach Białych mieszkańców, ale także i tutaj relacje pomiędzy społecznościami są coraz lepsze. W kwietniu odbędą się wybory parlamentarne i może to być najważniejsze polityczne wydarzenie w tym kraju od czasu obalenia systemu Apartheidu w 1994 roku. Plakaty wyborcze mówią hasłami dialogu i nawołują do wspólnego budowania nowego RPA, co dobrze wróży najbogatszemu państwu na kontynencie. Już dziś „Państwo” jest bliskie mieszkańcom, przyjazne i przemyślane. Nie „ciśnie” i nie jest nadpobudliwie widoczne. Generalnie, to zupełnie odwrotnie jak u nas.

       RPA wita nas równym asfaltem biegnącym surowym, górzystym krajobrazem. Na drodze panują dość swobodne zwyczaje. Ograniczenia dla ciężarówek to bagatela 100km/h, przy czym pędzące składy są zdecydowanie dłuższe jak w Europie.

Od czasu do czasu przy drogach stoją duże żółte tablice z nazwą podmiotu odpowiedzialnego za utrzymanie danego odcinka oraz numerem telefonu do ewentualnych uwag. Rozwiązanie warte wprowadzenia w naszym kraju, jednak telecentrum musiałoby być wielkości boiska piłkarskiego, co i tak nie gwarantowałoby łatwego połączenia.

Po czterystu kilometrach od granicy wjeżdżamy w krainę winnic i wijących się po zboczach akweduktów. Potem pojawiają się drzewa cytrusowe i ogromne równiny pól uprawnych. Mijamy wiatrowe pompy wody firmy Climax, które kręcą się dostojnie od dziesięcioleci. Są jaskrawym zaprzeczeniem dzisiejszych przemysłowych „fast food’ów”, połączonych nierozerwalną pępowiną z kartą gwarancyjną.

Przed Cape Town wjeżdżamy w piękną górzystą okolicę. Takie miasteczka jak Frenschhoek czy Paarl mogłyby być wizytówką szwajcarskich Alp. W spokojnych uliczkach, w urokliwych małych restauracyjkach siedzą ludzie. Architektura i pięknie dobrane oświetlenie robią niesamowite wrażenie.

W nocy mijamy Cape Town i jedziemy w kierunku Przylądka Igielnego (Cape Agulhas). Jutro wielki dzień…

 

28.02 Wstajemy powoli. Pochmurny świt uwolnił pokłady porannego lenistwa. Ze wzgórza rozciągał się widok zielonych pastwisk ponakrapianych kudłatymi owcami, szerokich pasów ściernisk, które odcinały się przyblakłą żółcią od ciemnego nieba.

Przewrotnie, resztę drogi do przylądka, uprzykrza nam deszcz i silny wiatr. Docieramy do Cape Agulhas przed południem. Najpierw zdjęcia na tle latarni morskiej. Cała procedura wyglądała trochę zabawnie, ponieważ z braku pomocnej dłoni, musieliśmy skorzystać z samowyzwalacza. Niestety droga pomiędzy aparatem, a autem, prowadziła zakosami mocno pod górę i większość zrobionych zdjęć przedstawiała moją skromną osobę w różnych punktach dobiegu. Gdy odnotowywali już całkiem niezłą progresję mojej zawartości w kadrze, pojawił się samotny turysta z Niemiec i zaprzepaścił cały wysiłek. Niemniej pozdrawiamy go gorąco, gdyż nasze drogi skrzyżowały się jeszcze dwukrotnie – świat jest mały.

Potem były obowiązkowe zdjęcia przy tablicy i niepowtarzalny falling w obu oceanach jednocześnie. Niestety przybój okazał się bardzo zdradliwy, czego efektem była piekąca rana przez pół klaty : )

Po południu jedziemy wzdłuż wybrzeża. W Gansbaai zatrzymujemy się w klimatycznej rybackiej knajpce z widokiem na zatokę. Pijemy i gadamy z miejscowym rybakiem… nie ma chłop łatwego chleba.

Mijamy klimatyczne Hermanus, a potem całą masę pięknych miejsc i widoków. Jedziemy wzdłuż białych plaż i potężnych przybojów. Silny wiatr niesie piasek i drobiny słonej wody. W promieniach zachodzącego słońca całość wygląda wręcz nierzeczywiście.

Niestety sprowadza nas na ziemię widok „czarnych” dzielnic, które mijamy coraz częściej wraz ze zbliżaniem się do Cape Town. Nie ma tragedii, ale… widać ogromny kontrast.

Cape Town zostawiamy na jutro. Teraz odbijamy w stronę Przylądka Dobrej Nadziei. Miejsca, które koniecznie trzeba zobaczyć. Kolejne piękne miasta: Muizenberg, Fish Hoek, Simonstown. Domy położone na kamienistych brzegach, często wręcz przyklejone do stromych skał. Jedziemy wzdłuż oceanu, krętą drogą wykutą wysoko w skale. Docieramy do bramy Parku… za późno, niestety dziś nie zobaczymy zachodu słońca na Przylądku… ale wschody też bywają ładne : )

Jesteśmy zmęczeni, więc znajdujemy szybki nocleg. Totalne „illegal”, ale przytulnie. W nocy wieje silny wiatr, powietrze pachnie wzburzonym oceanem. Lubię wiatr…

 

01 marzec. Wstajemy wcześnie i o siódmej wjeżdżamy do Parku. Jest piękny, ciepły poranek. Kręta droga prowadzi przez fantastyczne widoki. Dojeżdżamy do latarni na końcu przylądka. Ku naszej radości parking jest zupełnie pusty. Wchodzimy na wzgórze. To na ogół zatłoczone miejsce, wita nas ciszą, spokojem i zapierającą dech panoramą. Wytrenowani poprzedniego dnia, sprawnie i ze znawstwem korzystamy z samowyzwalacza.

Tabliczki wskazujące odległości. Do Berlina 10.000km, nam zajęło to prawie trzy razy dłużej. Ale było warto!

Kręcimy się trochę po Parku. Zjeżdżamy na kamienistą plażę. To dokładnie tutaj jest koniec przylądka. Przemek spędza dobrą godzinę na fotografowaniu, ja w tym czasie robię rekonesans na klifie. Po kilku próbach udaje mi się wspiąć na półkę, która obchodzi skalny cypel i prowadzi w miejsce, z którego widać zatokę. Pionowe ściany wychodzą z kipieli przyboju na ponad sto metrów. Unoszona wiatrem bryza mieni się w promieniach porannego słońca. Tryskają w górę słupy wody wciskane potężną siłą w skalny labirynt.

Przemek w tym czasie tropi z aparatem poławiacza krabów oraz wszystkie przechodzące w pobliżu zwierzaki. A tak serio, to zdjęcia były naprawdę ładne. Zwłaszcza miłosne uniesienia pluskwiaków : )

Pokazuję Przemowi drogę na klif, a sam kontynuuję rozpoczęte dzieło mistrza.

Kiedy wyjeżdżamy mijamy konwoje turystycznych autobusów. Jeżeli ktoś chce naprawdę „poczuć” to miejsce, to warto wstać wcześnie. Efekt gwarantowany tylko między szóstą, a dziewiątą.

Mijamy także mnóstwo rowerzystów-kolarzy. Za tydzień odbędzie się największy na świecie maraton rowerowy – jakieś 40 tysięcy uczestników ! Trasa prowadzi pętlą z Kapsztadu dookoła Półwyspu. Zawodnicy są podzieleni na wiele klas i startują z kilkunastu sektorów. Podobno niezapomniane przeżycie. Może kiedyś… : )

Teraz czas na Kapsztad. Najpierw robimy samochodowy rekonesans po mieście. Tak najłatwiej poznać topografię miasta i wstępnie ocenić atrakcyjność poszczególnych miejsc wskazywanych przez przewodnik. Może trochę mało podróżniczy sposób, ale czas bardzo nas goni.

Szybko rezygnujemy z biznesowego centrum i jedziemy piękną Kloof Road do Lion’s Head. Niespełna siedmiuset metrowa góra wyrasta prawie z oceanu. U jego podnóża, na łagodnie wznoszących się zboczach osiedlali się pierwsi mieszkańcy.

Czasu mało, ale ruszam ! Wygrzebuję szybko górskie buty, wkładam szorty, kapelusz i pędzę na szczyt. Szlak pnie się wokół coraz bardziej stromej góry. Ostatni odcinek pokonuję alternatywną drogą, ścianą na wprost. Trochę improwizuję, omijam chwyty i drabinki. Od razu krew żywiej krąży : )

Po szybkiej godzinie zasłużona nagroda. Jestem sam (znów samotne „szczytowanie”), a z wierzchołka rozciąga się ładny widok na miasto i ocean.

Spocony jak mysz i spalony południowym słońcem wracam do auta. Przemek czyta w cieniu Defka, niestety jego chytry plan dostania się kolejką linową na Górę Stołową poległ. Miał co prawda krótki kontakt z kolejką, ale… do kasy. Dziś niedziela – dzień górskich leniuszków.

Wracamy do centrum. Jedziemy Victoria Rd. wśród luksusowych betonowych hotelików. Kiedy wjeżdżamy do „starej” części miasta jest już zdecydowanie lepiej, chociaż wyobrażaliśmy sobie Cape Town jakoś inaczej. Wyobraźnia podpowiadała stare, kolonialnie miasto rozpięte kaskadami na zboczach. Białe wiktoriańskie domy wśród zielonych ogrodów, małe restauracyjki na promenadzie, białe żaglowce w porcie, kobiety w pięknych sukniach… no chyba trochę się rozpędziłem : )

Reasumując jest ładnie, ale… wyobraźnia postawiła poprzeczkę zbyt wysoko.

Jemy jeszcze pyszny obiad w Saul’s Tawerna (103 Regend Rd.) i długo żegnamy się z oceanem.

Wieczorem docieramy do Paarl. Na Defka czeka wygodne miejsce parkingowe, a na nas powitalna pizza. Ian wita nas z całą gościnnością.

 

02 marca. Czas wracać. Myślę, że dobrze jest przerwać na chwilę długą podróż, by wrócić z wolną głową i wygłodniałymi zmysłami. Nabiera się pozytywnego dystansu, „układa” wspomnienia i emocje, robi miejsce na nowe przygody…

 

C.D.N.      

 

 

Comments are closed.