GROŹNA PUSTYNIA (Niger, Czad)



23 stycznia. Zgodnie z zapowiedzią ruszamy po południu. Trzy wojskowe Toyoty, każda z ciężkim karabinem maszynowym i granatnikiem. Dwie z przodu i jedna z tyłu. Oficer sprawnie wyznacza każdemu miejsce w kolumnie. Jedziemy na początku, jako drugie auto, potem kilka osobówek i cztery autobusy. Pomimo, iż droga nie jest najlepsza, pędzimy 90km/h. Po czterech długich godzinach jesteśmy w Agadez. Policjant na punkcie kontrolnym zatrzymuje nasze paszporty. Próbujemy protestować, ale to tylko zaognia sytuację. Skończyły się żarty.

Na szczęście przy posterunku spotykamy przewodnika agencji organizującej wyjazdy w góry (samodzielne zwiedzanie nie jest możliwe). Wprowadza nas do miasta, organizuje nocleg. Jest to pomoc tym cenniejsza, iż większość hoteli jest zamknięta. Wyjątkowo śpimy w jednym z takich miejsc. Pusta recepcja, brak prądu oraz brudny basen wymownie świadczą o tym, iż ruch turystyczny praktycznie ustał. Jak się dowiedzieliśmy jesteśmy jedynymi turystami w stutysięcznym Agadez. Następnego dnia, podczas wizyty na posterunku policji, bezsprzecznie potwierdzamy bolesną informację. Nie ma żadnych szans na wyjazd w góry! Trwa rebelia Tuaregów. Nikt nie jest w stanie zagwarantować nam bezpieczeństwa. Pozostaje zwiedzanie miasta. Podziwiamy, najstarszy w tym rejonie Afryki (1515 rok),

25-metrowy meczet Amuskini.

Kolejną noc śpimy w zabytkowym hotelu Delaik, w bezpośrednim pobliżu meczetu (ok. 30 euro za pokój).

Rozważamy drogi powrotu. Są dwie możliwości. Jutro z powrotem do Birni N’Konni lub za trzy dni, dużo krótszą drogą, bezpośrednio do Zinger. Szkoda nam czasu, ruszamy jak najszybciej. 

Kolejny konwój, kolejne setki kilometrów do przejechania. Droga bardzo różna. Momentami fatalna i niebezpieczna, momentami całkiem niezła.

 

27 stycznia docieramy pod granicę Niger-Czad. Noc spędzamy w namiocie, tym razem wyjątkowo nie na sawannie, ale w miasteczku Nguigmi. Śpimy pomiędzy posterunkiem żandarmerii, a szkołą. O tym, że jest to szkoła dowiadujemy się bezsprzecznie punktualnie o 8.00. Na regularnym apelu zostaje wciągnięta na maszt (czytaj krzywy kij) flaga narodowa, a maluchy zgodnym chórem odśpiewują hymn. Całość robi bardzo fajne wrażenie.

Rano standardowa odprawa graniczna, o tyle charakterystyczna, że oficer przepisał do zeszytu wszystkie możliwe informacje z naszych paszportów. Wolny czas poświeciliśmy na myszkowanie po terenie komisariatu, które zaowocowało dwoma odkryciami. Pierwszym był pan „Wrong Way”, drugim opakowanie po żarówce marki… PILA !!! A mówią, że export kuleje : )

Pan „Wrong”, jako miejscowy przewodnik, barwnie i dużą wprawą  podgrzewał atmosferę. Dowiadujemy się, że jezioro Tchad mocno wyschło oraz że w kierunku granicy prowadzi aktualnie wiele dróg, ale tylko jedna jest TĄ właściwą. Reszta kluczy i ginie w piaskach pustyni, skazując nierozważnych podróżników na niechybną zgubę. Za jedyne 25.000 CFA (40 euro), możemy uniknąć niebezpieczeństw. Chyba bardziej z sympatii, jak z realnego niebezpieczeństwa, przyjmujemy propozycję. Dla dodania powagi sytuacji, nasz przewodnik żegna się z żoną, dziećmi, przyjaciółmi oraz właścicielami większości straganów mijanych po drodze. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami droga jest względnie wyraźna, jednak nasz przyjaciel wskazując co chwilę pomniejsze dróżki z powagą powtarza „wrong way”, „wrong way”… Dowiadujemy się również, że miesięczna pensja nauczyciela w Nigrze to 250 euro oraz, że w jeziorze jest… dużo ryb : )

Po 50 km jesteśmy na granicy. Dzięki naszemu towarzyszowi, który jest postacią znaną i lubianą, szybko przechodzimy procedury graniczne. Kilka drobnych upominków wprowadza atmosferę zaufania. Robimy dużo wspólnych zdjęć. W jednej ze scen zbiorowych, Przemek próbuje przejąć karabin maszynowy, następuje krótka szarpanina ze zdezorientowanym żołnierzem. Po chwili już zgodnie pozują do zdjęcia. Przemek przejmuje lufę, żołnierz kontroluje magazynek, spust oraz tylną część broni. Żegnamy naszych przyjaciół i ruszamy w stronę Czadu.

Tu kolejna niespodzianka. W trakcie odprawy, dowiadujemy się, że jesteśmy pierwszymi „białymi” od kilku miesięcy. Podobno w roku przejeżdżają tędy tylko 2-3 samochody z podróżnikami.

Jedziemy dzień i całą noc wzdłuż wyschniętego brzegu jeziora, które w porze suchej kurczy się kilkakrotnie. Droga jest typowo pustynna, kluczy pomiędzy wysokimi wydmami. Stajemy na posiłek z pobliżu małej wioski. Błyskawicznie pojawiają się mieszkańcy. Najpierw mężczyźni, potem kobiety i dzieci. Interesuje ich wszystko: nasze auto, wyposażenie, kuchnia. Przemek bryluje w tłumie, rozdaje uśmiechy, robi kulinarne show. Elektem jest gromki śmiech kobiet, pisk dzieci oraz zazdrosne pomruki mężczyzn.

Po pół godziny, jesteśmy trochę zmęczeni coraz większą ilością gości, którzy z dużym zaciekawieniem rozpoczynają penetrację i rozdysponowywanie naszego ekwipunku. Grzecznie dziękujemy za gościnę.

 

28 stycznia. Wjeżdżamy do stolicy Czadu – Ndżameny. Znajdujemy ambasadę Kamerunu i składamy wnioski o wizy tranzytowe. Szukamy miejsca na nocleg. Ceny hoteli w centrum są bardzo wysokie i sięgają 100 dolarów za osobę.

Próbujemy na przedmieściach. Szybko znajdujemy klimatyczny hotel przerobiony z… więzienia. Przytulne pokoiki mają tylko ten drobny mankament, iż są pozbawione okien, jednak pięknie odmalowany dziedziniec i galerie rekompensują z nawiązką tą niedogodność. Niestety „polityczna” wrażliwość Przemka wyklucza nocleg w tym miejscu. 

W końcu znajdujemy przemiły hotel Le Gagal. Za 40.000 (65 euro) otrzymujemy trzyosobowy pokój z czystą pościelą, klimatyzacją, śniadaniem, telewizją satelitarną, ręcznikami oraz trzema pachnącymi mydełkami : )   

 

 

29 stycznia. O czternastej zgłaszamy się do ambasady po odbiór paszportów. Niemiła niespodzianka. Odmówiono nam darmowej wizy tranzytowej. Możemy dostać turystyczną, ale do godziny piętnastej musimy wpłacić po 50.000 CFA (80 euro). Problem polega na tym, że jest 14.40, a bank oddalony jest o dobre kilka kilometrów. Szybka decyzja i dzielimy zadania. Tomek wypełnia wnioski, Przemek i ja ruszamy w karkołomną jazdę przez miasto. Działamy sprawnie, jak zgrana drużyna, jak palce jednej ręki. Pewnie do dziś kilku rowerzystów budzi się z krzykiem…: )

O 15.30  z wizami w paszportach ruszamy do Kamerunu. Czas pożegnać dwunasty równoleżnik…

 


2 Responses to “GROŹNA PUSTYNIA (Niger, Czad)”

  1. online Says:

    dobry poczatek

  2. Maria P. Says:

    Byłam rok temu na wyprawie we Wilnie. Też jest na co popatrzeć, a ceny sporo niższe.

Leave a Reply