NA POŁUDNIE (Kamerun)



29 stycznia. Przekraczamy granicę z Kamerunem. Przejście graniczne w Ndjamena to zupełnie nieuporządkowana i działającą wbrew wszelkiej logice substancja. Masa pojazdów próbuje z determinacją przecisnąć się w stronę jedno jezdniowego mostu granicznego. Ruch jest wahadłowy. Czekamy na znak od żołnierza sterującego przejazdem. Po obu stronach auta, wzbijając chmurę duszących spalin, w napięciu czeka kilkudziesięciu motocyklistów. Jest sygnał ! Zdecydowanie wciskam pedał gazu do podłogi. Działamy bez skrupułów. Blokujemy kilkunastu mniej czujnych rywali i wpadamy na most. Teraz już nic nas nie powstrzyma. Kamerun wita nas na drugim brzegu.

Po przekroczeniu granicy jedziemy około 270 km do miejscowości Maroua.

Kamerun zaskakuje. Wioski czyste, nawet przydrożne drzewa pomalowane są na biało. Niestety wraz ze wzrostem estetyki, giną przydrożne stragany, restauracyjki i gwar ulicy : (

Do Maroua wjeżdżamy o dziesiątej. Miasto śpi. Z braku noclegu, zdesperowani rozstawiamy namiot na skwerku w centrum miasta.

 

30 stycznia. Siódma – budzi nas gwar miasta. Szybko ruszamy. Jesteśmy ciekawi Kamerunu. Tutaj zaczyna się inna Afryka. Wzdłuż drogi widać pola uprawne i ogólnie jest coraz bardziej zielono. Po tygodniach surowych krajobrazów, to miła odmiana. Raz po raz, wyrastają porośnięte drzewami wzgórza oraz duże skupiska głazów narzutowych.

Architektura jest bardzo różna. Od tradycyjnych glinianych chat ze strzechą, do pokrytych blachą murowanych budynków. Czym jechaliśmy dalej na południe, tym bardziej tradycja ustępowała „nowoczesności”. Niestety nowoczesności w wydaniu przejściowym, które zabiera tradycję dając niewiele w zamian. Nie widać tego, aż tak wyraźnie w miastach, ale na „prowincji” jest to uderzające. Taki czas…

Niezwykle budujący jest natomiast potężny wysiłek wkładany w edukację. Czuje się, że dzieciaki i młodzież są nadzieją i przyszłością tego kontynentu. Potrzeba nauki zdaje się być drugą naturą młodych Afrykańczyków.

W Boki skręcamy z drogi, aby zobaczyć rezerwat słoni. Jedziemy kilka kilometrów, droga ku naszemu zdziwieniu staje się coraz bardziej zarośnięta. Gdy ginie już prawie w zieleni, docieramy do miejsca magicznego. Na wysokim piaszczystym klifie, wyrastającym nad przepięknym rozlewiskiem, znajdujemy resztki opuszczonego luksusowego hotelu. Całość idealnie wkomponowana w otaczającą przyrodę. W drzewa palmowe, bananowce, potężne baobaby. Typiczne domki z dachami z trawy, połączone wijącymi się alejkami, restauracja z pięknym tarasem na klifie. Wszystko zrobione z niezwykłym smakiem. W zabudowaniach administracyjnych kompletny bałagan, stosy dokumentów porzucone w pospiechu. Jedynymi mieszkańcami są dwie małpy, wyraźnie oswojone i zaciekawione naszą obecnością. Jemy wspólny posiłek i poznajemy się bliżej. Kiedy odjeżdżamy w głowach mamy pytanie – co mogło się tutaj wydarzyć?

Po kilkudziesięciu kilometrach droga zaczyna piąć się do góry, coraz wyżej i wyżej. Kończy się asfalt i zaczyna kręta droga z czerwonego laterytu. Na wysokościomierzu 1350 metrów.

Wokoło pojawiają się potężne, rozłożyste drzewa, kilkunastometrowe palmy, drzewa bananowe. Wszystko to porasta przepiękne wzgórza i doliny.

Jedziemy płaskowyżem do Tibati. Miejscowi, których pytamy o drogę, stanowczo odradzają  jazdę w dzień. Noc jest bezpieczniejsza. Grasującym bandytom trudniej jest zidentyfikować auto z potencjalnymi ofiarami. Wieczorem przygotowujemy się do nocnej akcji. Powstaje fikcyjny portfel z kilkudziesięcioma dolarami oraz kartami kredytowymi Tomka J Chowamy pieniądze, dokumenty oraz sprzęt elektroniczny.

Po sześciu godzinach jesteśmy już bezpieczni w Tibati. Cały następny dzień jedziemy dalej po płaskowyżu w kierunku Foumbau.     

Przyroda na płaskowyżu jest niezwykła. Naszą uwagę przykuwają potężne kilkudziesięciometrowe drzewa. Ich korony majestatycznie górują nad dachem lasu, odcinając się surową zielenią na tle niebieskiego nieba.

Mijamy wiele wiosek. Kiedy stajemy, tradycyjnie przybiega mnóstwo dzieciaków. Chętnie pozują do zdjęć. Spotkanie z nami wyraźnie traktują jako ciekawostkę, a nie okazję do wyproszenia podarunku. Po kilku chwilach, przestają się nami interesować i wracają do swoich zajęć. 

W jednej z wiosek Tomek kupuje potężną kiść zielonych bananów, która wygodnie usadawia się w kole na dachu i kontynuuje proces dojrzewania. Zaglądamy tam czasem, z tym samym pytaniem… „długo jeszcze”.

Wieśniacy uprawiają banany oraz kawę. Tę ostatnią suszą przed domami, rozsypaną w dużych drewnianych ramach. Najmłodsze dzieciaki siedzą w nich często jak w wielkich kawowych piaskownicach.

Wieczorem wjeżdżamy do miasteczka Foumban. Tu zaczyna się już asfaltowa droga w kierunku stolicy. Jest to wyraźnie punkt postoju busów i ciężarówek, przygotowujących się do męczącej drogi przez płaskowyż lub odpoczywających po przeprawie. Miejsce tętni życiem, panuje gwar i zamieszanie. Jest to jednak zupełnie inny klimat, niż ten na północy. Robimy krótki postój, ale nie czujemy się bezpiecznie. Pomimo zmęczenia i późnej pory postanawiamy jechać dalej.

Po drodze mijamy kolejne miasteczka. Jest sobota i w każdym trwa nocna zabawa. Tandetne bary przemieniają się w lokalne dyskoteki. Mamy wrażenie, że w każdym puszczają tą samą płytę. Pijana młodzież wychodzi na jezdnię, zabawa trwa na całego.

Z każdym kilometrem zjeżdżamy coraz niżej. Powietrze gęstnieje, robi się coraz bardziej duszno i gorąco. Z zewnątrz docierają nieznane wcześniej zapachy. Czuć butwiejącą roślinność i coraz intensywniejszy oddech oceanu.

Na punkcie kontrolnym tuż przed miastem, z tylnej kanapy podnosi się Przemek. Jest kompletnie zlany potem i zdezorientowany panującym gorącem.

Do Limbe wjeżdżamy o drugiej w nocy. Zatrzymujemy się nad oceanem, na campingu Miramare. Bierzemy klimatyzowany jednoosobowy pokój za 15.000 (25 Euro), w którym dostawiamy… dwa materace.

Jutro planujemy ruszyć w góry. Na celowniku dzielnych wspinaczy Mt. Kamerun (4095m), najwyższy szczyt zachodniej Afryki.

 

01 lutego. Poranny widok wprowadza duże zakłopotanie. Z hotelowego pokoju roztacza się nieprzyzwoicie piękna panorama na zatokę i rozsiane na horyzoncie klifowe wyspy, porośnięte tropikalną roślinnością. Całość odrobinę zakłóca duży basen z turkusową wodą i kilka palm. Odwracając wzrok z obrzydzeniem, jemy śniadanie na tarasie hotelowej restauracji. Pierwszy niechęć przełamuje Tomek. Rozkłada się wygodnie na leżaku, zamawia zimne piwo i namawia do złego pozostałych uczestników wyprawy… niestety skutecznie. Wyprawę w góry odkładamy o jeden dzień.

 

02 lutego. Wstajemy o świcie. Tomek niestety odmawia współpracy. Podwozi nas tylko do agencji organizującej obowiązkową opiekę przewodnicką.

O ósmej ruszamy w góry – Przemek, ja i Samuel. Tuż przed wyjściem, dzielnego Samuela dopada Tomek i z szelmowskim uśmiechem przybliża nasze górskie osiągnięcia.

W głowie Samuela rodzi się straszliwy plan…   

Ruszamy z tysiąca metrów. W trzydziesto stopniowym upale i absolutnej wilgotności pokonujemy podejście w tempie 500m na godzinę! Samuel odwraca się czasem, upewniając się tylko, że proces naszego odwadniania postępuje zgodnie z jego planem. Na 1900 po raz ostatni uzupełniamy wodę. Do szczytu i z powrotem, czyli razem 4400m przewyższenia, musimy pokonać na 3 litrach na głowę. Niestety nikt nas nie uprzedził, że z wodą będzie taki problem. Na 2100m docieramy do granicy lasu, powyżej już tylko spalona słońcem stroma ściana krateru.

O czternastej docieramy do miejsca noclegu (2900m). Racjonując wodę, gotujemy kolację i podziwiamy widoki. Jesteśmy już nad chmurami : )

Spać idziemy wcześnie, ale noc nie jest spokojna. Raz po raz, słychać nerwowy tupot małych stópek. Leżąc zapalam czołówkę. Na wysokości twarzy widzę kosmaty zad uciekającego w podskokach stworzenia. Niestety kierunek ucieczki jest najgorszy z możliwych. Stojący w drzwiach Samuel kopniakiem zmienia tor biegu stworzenia, po czym miażdży futrzaka gołą stopą. Szczur bezpowrotnie traci oddech…

Pobudka o piątej. Kiedy idąc w górę wytrwale szukamy tlenu, za plecami wstaje słońce. Jest zaje… naprawdę pięknie : )

O 9.25 stajemy na szczycie Mt. Kamerun, na wysokości 4095m. Przed nami jeszcze zejście, „drobne” trzy tysiące metrów w dół ! Samuel o piętnastej ma spotkanie…

Wieczorem, nieprzytomni ze zmęczenia i nadmiaru słońca, opadamy na dno basenu.

Niestety wiadomości dnia nie są dobre. Tomek musi wracać do Londynu.

Co teraz będzie z Tres Amigos… : (

 

04 lutego. Ranek spędzamy na pakowaniu auta oraz ustaleniu szczegółów dalszej podróży. O czternastej żegnamy się z Tomkiem : ( Ocieramy łzy i ruszamy do Yaounde. Droga jest bardzo dobra. Niestety przedmieścia Duala zaskakują kompletną destrukcją asfaltu. Auta jadąc z w trzech rzędach kluczą pomiędzy potężnymi dziurami. Na szczęście to chwilowa niedyspozycja. Zaraz za mostem, spinającym brzegi zatoki, wjeżdżamy do czystego, dość nowoczesnego miasta. Duży port, nabrzeża, mnóstwo magazynów, fabryki, inwestycje drogowe. Typowe miasto przemysłowe.

Przy wyjeździe z Duala zatrzymuje nas policja. Pytają o winietę (?!). Wyrażamy rozbrajające zdziwienie i wskazujemy na przegląd techniczny wbity w dowód rejestracyjny. Przy czym ja prowadzę spokojną perswazję, natomiast Przemek zaczyna opierniczać biednego policjanta. Wylicza kraje, które akceptowały wcześniej przedmiotowy dokument oraz sugeruje niekompetencję i nieznajomość aktualnych przepisów UE. Zadziałało.

Z Douala mamy jeszcze tylko 250 km do stolicy Kamerunu. Pędzimy za autobusem marki King Long. Jednak po kilkudziesięciu kilometrach odpuszczamy, kiedy nasz przewodnik po raz kolejny wyprzedza na trzeciego. Nie nasza liga.

Yaounde położone jest na wzgórzach i sprawia bardzo miłe wrażenie. Znajdujemy przyjemny hotel w samym centrum za jedyne 13.000 (20 Euro za pokój). W nocy Przemek wyłącza klimę i otwiera balkon. Jak twierdzi, na tej wysokości (700m) absolutnie na pewno nie ma komarów. Budzę się w nocy boleśnie pogryziony. Szybko odnajduję winowajczynie i wymierzam sprawiedliwość. Marna to jednak pociecha. 

  

05 lutego. Pobudka o siódmej. Nie ma czasu na spanie, dziś musimy poważnie zewrzeć szeregi. Zadań cała lista!

Na pierwszy ogień idzie podbicie u celników kameruńskich dokumentu wywozu auta (CPD). Nie jest to proste, bo nie wiemy gdzie są celnicy. Tak więc najpierw szukamy celników. Zaczynamy od posterunku policji. Od razu strzał w dziesiątkę!

Przed wejściem spotykamy przemiłego oficera policji (chyba ważnego, bo z sekretarką), który w akcie nadzwyczajnej uprzejmości proponuje wskazanie drogi. Jedziemy za panem oficerem. Nowiutka Toyota, z tajemniczym napisem „COMPAGNIE DE CIRCULATION”, pędzi na sygnale przez miasto. Po 10 minutach sprawnej jazdy zatrzymujemy się przed okazałym budynkiem służb celnych. Pan oficer w kilku zdaniach wprowadza kolegów celników w nasz problem, po czym oddala się z ujmującym – „obowiązki wzywają”.

Niezwłocznie zostaję zaprowadzony do kierownika zmiany. Oficer kompetentnie odpowiada na wszystkie pytania związane z wyborem drogi oraz miejscem odprawy paszportowej. Niestety w sprawie odprawy auta musi poczynić konsultacje, gdyż teoretycznie powinniśmy podbić dokument wywozowy bezpośrednio na granicy, ale na granicy z Kongo Brazzaville nie ma odprawy celnej (dzikie górskie tereny). Taka kameruńska kwadratura koła : )

Po kilkunastu minutach kolejne osoby wypełniają pokój. Wszyscy mają wyraz twarzy jednoznacznie zdradzający wielką determinację do rozwiązania problemu. W pewnym momencie gwar zamiera. Kierownik sięga po telefon i wykręca numer, przybierając przy tym pozycję stojącą. Po kilku minutach w towarzystwie dwóch oficerów, udaję się na piętro. Na okazałych drzwiach napis „Le Chef de Bureau – Principal”.

Przechodzę przez sekretariat i docieram do obszernego pokoju z duuużym biurkiem oraz równie duuużym zdjęciem prezydenta Kamerunu nad nim. Za biurkiem… szef służb celnych stolicy. Zamieniamy kilka rzeczowych zdań, przeprasza mnie za zamieszanie oraz pyta o dalsze plany podróży. Sprawa CPD oczywiście zostaje załatwiona na miejscu.

       Drugim punktem dnia jest wizyta w warsztacie, gdyż rano ujawniły się wycieki z pod filtra oleju. Znajdujemy poważny warsztat, którego właścicielem jest Chińczyk. Podajemy listę zadań. Szef rozdziela zadania. Kieruje kolejnych ludzi w różne zakamarki naszego Defendera. Są chwile, kiedy trudno dopchać się do auta. Niestety ilość nie przechodzi w jakość. Kolejno eliminujemy co głupszych i odsuwamy na bezpieczną odległość. Zabieramy przy okazji narzędzia, żeby nie zrobili sobie krzywdy.

Przy pomocy dwóch najbardziej rozgarniętych oraz własnym sumptem, udaje nam się zamknąć listę napraw. Z rozbrajającym uśmiechem nasz „chiński przyjaciel” wręcza nam rachunek… 110.000 (180 Euro). Z równie rozbrajającym uśmiechem informujemy go, że „chyba mu rozum odebrało !”. Zapłata staje na 90 tysiącach.

      Teraz czas na wizy. Najpierw jedziemy do ambasady Kongo Brazzaville. Tu temat jest prosty. Wizy na granicy nie dostaniemy. Tylko w ambasadzie. Mogą mam ją wydać dziś za 140.000 (220 Euro) lub jutro za 70.000. Rachunek ekonomiczny jest bezwzględny. Zostajemy do jutra.

Kilka przecznic dalej znajdujemy placówkę Kongo Demokratycznego… i tu zaczynają się schody. Najpierw rozmowa z portierem, który nie mówi po angielsku i nie zamierza się uczyć. Jakoś udaje mi się wytłumaczyć w jakiej sprawie chcę wejść do ambasady. Zostaję wpisany do zeszytu i otrzymuję niebieską zawieszkę na szyję. Ruszam w kierunku budynku. W środku domowa atmosfera. Wszyscy siedzą na wielkiej półokrągłej kanapie i oglądają telewizję. Bogatszy o doświadczenia z recepcji, witam obecnych głośnym i wyraźnym bonjour. Najwyraźniej jednak kluczowa scena serialu zdecydowanie przebiła moje, pełne witalności, powitanie. Dopiero po dłuższej chwili zostaję łaskawie zauważony.

Suma summarum dowiaduję się, że wizę wydadzą nam jutro jak przyniesiemy paszporty przed dziesiątą. Koszt „ekspresu” to 55 tysięcy FCFA (85 euro). Na pożegnanie dostaję jeden wniosek wizowy… drugi mam sobie odbić „na mieście” : )

Noc spędzamy w tym samych hoteliku. Przemek zasypia. Ja robię zaległe pranie, piszę i wyłapuję komary. Ostatnia czynność zajmuje mi zdecydowanie najwięcej czasu. Tutejsze komary różnią się znacznie od naszych. Są bardziej podstępne, latają zakosami oraz mają unikalny dar odchylania moskitier. Nie wiem jak to możliwe, ale rano znajdujemy od wewnętrznej strony napite 2-3 sztuki. Niestety przyjemność rozprowadzenia zawartości komara po moskitierze, nie rekompensuje bardzo swędzących ukąszeń.

 

06 lutego. Dostajemy wizy i ruszamy w dalszą drogę. Pierwszą przeszkodę napotykamy już w samym Yaounde. Korek po horyzont skutecznie spowalnia nasz wyjazd z miasta. Po godzinie mijamy przedmieścia, a po kolejnych 50 km zjeżdżamy z głównej drogi i  skręcamy na południowy-wschód. Rejon jest wyraźnie bogatszy. Droga bardzo dobra, domy bardziej okazałe. Przejeżdżamy 120 km i zatrzymujemy się na nocleg w Sangmelima, w hotelu L’Afamba (18 euro za pokój). Chcieliśmy jechać dalej, ale po wyczerpującym dniu trochę opadliśmy z sił. Jest to także ostatnia okazja do porządnego posiłku i prysznica. Przed nami kilka dni w dżungli. Jemy kolację i idziemy spać.  

 

07 lutego. Wstajemy wcześnie rano. Przed podrożą chcemy się wykąpać i zjeść dobre śniadanie. Pierwsze rozczarowanie następuje w łazience. Krany suche! W tym momencie, zupełnie innego wymiaru nabierają dwa wiadra wody stojące pod ścianą… Restauracja czynna od 9… : (

Ruszamy o 8.00. 

Asfaltowa droga szybko przechodzi w gruntówkę. Chociaż jest wyboista, to rześkie poranne powietrze wprowadza nas w dobry nastrój. Mijamy kolejne kameruńskie wioski.

Spotykamy wyjątkowo dużo starszych ludzi. W tym rejonie najwyraźniej żyje się łatwiej. W większości wiosek stoją okazałe kościoły. W jednych stare, pamiętające czasy kolonialne, o przepięknej strzelistej architekturze. W innych już nowe, zbudowane przez miejscową społeczność. Prostokątne, pokryte blachą.

Droga biegnie to w gorę, to w dół. Wokół coraz gęstsza dżungla. Robimy małą przerwę. Korzystając z chwili wchodzę w leśną ścieżkę. Po kilkunastu minutach trafiam na dużą polanę. Miejsce piękne. Potężne drzewa, soczysta zielona trawa oraz płynący strumień, dają cień i chłód. Wokół kilkanaście starych opuszczonych szałasów – pozostałość po dużej wiosce w środku dżungli. Wchodzę do kolejnych bambusowych chat. Niektóre jeszcze w dobrym stanie. Widać wyraźny podział na pomieszczenia. To co z zewnętrz wydaje się tylko nieskomplikowaną prostokątną budowlą, wewnątrz wygląda zupełnie inaczej. Jest sypialnia, miejsce do gotowania i jedzenia. Stoją bambusowe stoły i taborety. Są także pomieszczenia zbudowane specjalnie do wypoczynku. Mają przewiewne, ażurowe ściany oraz bambusowe łoża ustawione w szeregu. Całe miejsce jest naprawdę niezwykłe!

Jedziemy dalej. Po kilkunastu kilometrach stajemy przed szlabanem. Posterunek poboru opłat drogowych!  Przecieramy oczy, bo położony jest w miejscu, w którym dziennie przejeżdża maksymalnie klika aut. Jak widać pajęcza sieć poboru opłat w Kamerunie jest naprawdę zaskakująco konsekwentna.

Kiedy uiszczamy 500 F do auta podchodzi postawny mężczyzna. W ręku trzyma gruby, zapieczętowany list. Nasza misja to dowieźć przesyłkę do punktu granicznego i oddać naczelnikowi miejscowej policji.

Koniec z wygłupami. Trzeba szybko i bezpiecznie pokonać trasę. Sprawa na pewno jest wagi państwowej !

Na granicy, z pełną powagą, oddajemy list do rąk własnych naczelnika. W zamian odprawa przebiega bardzo sprawnie i w atmosferze wzajemnej sympatii. Niestety kilka kilometrów dalej, kolejny szlaban. Tym razem wojsko. Obwieszony złotem, dobrze zbudowany żołnierz nakłada na nas opłatę wyjazdową w wysokości 20.000 F. Powołując się na „przyjaciela” w ambasadzie Kamerunu, informujemy go, że żadne opłaty już nie obowiązują. Poddaje się bez walki i życzy nam dobrej drogi.

W Afryce jest bardzo ważne, aby w spornych sytuacjach powoływać się na jak największą ilość  „przyjaciół” oraz na najnowsze informacje uzyskane na przykład na innych posterunkach. To naturalne, że urzędnik afrykański zawsze będzie próbował wyciągnąć korzyści ze spotkania. Chociaż często robi to bez większej determinacji i wiary w sukces. Ot tak, dla zasady. Dlatego odpowiednie poprowadzenie rozmowy jest niezwykle ważne.

W żadnym razie nie należy wchodzić w spory z sposób agresywny. Trzeba spokojnie i wiarygodnie powołać się na „przyjaciół” oraz informacje z „Ministerstwa”. Takie działanie niesie obopólną korzyść. My nie tracimy czasu i pieniędzy, a urzędnik ma możliwość wyjścia z sytuacji bez poczucia porażki. Bo skoro takie zarządzenie…

Na drodze spotykamy samotną ciężarówkę. Kierowca informuje nas, że trasa przed nami jest bardzo zła i właściwie nieprzejezdna. Wiedzieliśmy, że nie będzie lekko, jednak w jego ustach brzmi to wyjątkowo złowrogo. Wygląda naprawdę do twardego gościa.

Przejeżdżamy kolejne kilometry i przekraczamy granicę z Kongo Brazzaville. Droga bardzo dziwna. Raz jest wąska i błotnista, raz szeroka i równa. Dowiadujemy się później, że to chińskie firmy poprawiają drogi na odcinkach potrzebnych do wywozu drewna. Od kilku lat dość intensywnie eksploatują te tereny. Jednak obszar dżungli, szybkość jej odnawiania oraz duża niedostępność terenów gwarantują zachowanie równowagi.

Wieczorem trafiamy do wioski przesympatycznych Pigmejów. Mali ludzie z niekłamaną radością ustawiają się do zdjęć. Wygląda to trochę zabawnie. Pierwszy na baczność stoi szef wioski, a za nim zadowoleni pozostali członkowie społeczności. Wychodzimy z auta i mieszamy się w tłumie. Rozmawiamy… rozmawiamy na gesty, pomruki, uśmiechy. Pigmeje mają uroczą skłonność do zbiorowego potwierdzania lub zaprzeczania. Rozmawiasz z jednym, a odpowiada ci chórem cała grupa : )

W nocy zatrzymujemy się w maleńkiej wiosce kongijskiej, jeszcze przed pierwszym posterunkiem granicznym. Gościmy u Madame Rachel. Rachel pochodzi z Duala i mówi trochę po angielsku. Z dużą radością przyjmujemy propozycję noclegu oraz kolacji. Chociaż w „karcie” jest wędzono-suszony udziec małpi, to jemy zachowawczo. Zamawiamy „mięso” i pataty. Mięso jest smaczne, chociaż ma trochę dziwny smak. Na wszelki wypadek nie pytamy o dawcę.

Pod garnkiem pali się ogień. W Afryce ogniska wyglądają zupełnie inaczej. Kilka suchych polan kładzie się płasko na ziemi. Stykają się pośrodku tylko końcami. W trakcie spalania, polana dosuwa się do siebie. Ułatwia to gotowanie oraz kontrolę intensywności ognia. Także drewno pali się tu inaczej. Ogień jest bardzo „gęsty”, pali się spokojnym ciemnożółtym płomieniem. 

Po kolacji Madame ubiera wieczorną kreację. Jest niezaprzeczalnie pierwszą damą tych terenów. Z rozrzewnieniem opowiada o życiu w Kamerunie. Tam poznała męża, zakochała się i przyjechała tutaj. W dżunglę, w błoto, na odludzie. Tutaj Chińczycy dają pracę…

Czyżby mąż miał na imię… Bogumił : )

Nocleg rozbijamy pod jednym z szałasów.  Będzie padało.

 

 

Comments are closed.