ZIELONE PIEKŁO (Kongo Brazzaville, Kongo Demokratyczne)



08 lutego. Budzimy się zlani potem i niewyspani. Wyjątkowo ciężka noc. Przemek miał sen, który wymownie oddaje klimat ostatniego dnia… Grzęźniemy w błocie i żeby się sprawniej wydostać, podkładamy krokodyla pod podnośnik : )

Pijemy poranną kawę z naszą gospodynią i wsiadamy do auta.

Kolejne kongijskie wioski. Przed każdym domem nienagannie wysprzątane podwórko. Jakby ktoś rozłożył gładki czerwony dywan w całej wiosce. Widok niesamowity. Na tych terenach porządek niesie dodatkową korzyść. Na czystym podwórku łatwiej wypatrzyć węża próbującego dostać się do zabudowań.

Ściany chat zrobione są z drewnianego stelaża tworzącego kratownicę, którego kostki (ok. 30x15cm) zostają wypełnione gliną. Całość przykrywa dach z liści palmowych, zaplecionych w duże maty. Jest to niezwykle trwała konstrukcja i spotykamy ją często także w innych krajach tego regionu.

Około dziewiątej wjeżdżamy do Sounake. To najdalej na północ wysunięte miasteczko Kongo. Jest zaskakująco duże i „nowoczesne”. Wydaje nam się, że ekonomicznie jest jednak związane bardziej z Kamerunem (co potwierdzą niezaprzeczalnie następne dni). Zatrzymujemy się na posterunku policji. Jest niedziela i  posterunki graniczne są zamknięte. Tylko dzięki uprzejmości policjantów, udaje nam się znaleźć funkcjonariuszy granicznych i celników. Na koniec szef policji nakłada na nas „tradycyjne” 20.000 za formalności. Znów jesteśmy twardzi… jednak za pomoc ofiarowujemy mu drobny prezent i żegnamy się serdecznie.

Przejeżdżając przez wioskę widzimy kościół. Jest dziesiąta i właśnie zaczyna się niedzielna msza. Siadam w przedostatnim rzędzie. Przemek z tyłu trochę filmuje i robi kilka zdjęć. Atmosfera uroczystości jest niepowtarzalna. Boczną nawę zajmuje chór i bębniarze. Śpiew i modlitwa wypełniają półtorej godziny. Część mszy odbywa się po francusku, część w lokalnym języku. Czarnoskóry ksiądz wygłasza bardzo emocjonalne kazanie. Wierni odpowiadają chórem. Przekazujemy sobie znak pokoju. Ściskam ręce moich sąsiadów, niektórzy podchodzą nawet z innych rzędów. Jestem wzruszony.

Po mszy ksiądz przechodzi przez kościół i w drzwiach świątyni żegna wychodzących wiernych.

Ruszamy dalej. Po drodze podwozimy młodego chłopaka. Jest bardzo sympatyczny i mówi trochę po angielsku. Uczy się w Sounake. Jeżeli jest okazja, to w niedzielę jeździ do rodzinnej wioski oddalonej o dwadzieścia kilometrów. Kiedy podjeżdżamy pod dom, następuje wielki wybuch radości. Ojciec wręcz wyciąga małego z auta.

W  kolejnej wiosce przecieramy oczy. Na podwórku, pod ścianą stoi drewniany rower! Drewniane koła obite paskami gumy, drewniana kierownica, rama, siedzenie. Ma cierny hamulec i amortyzację przedniego koła zrobioną z dwóch sprężyn. Całość konstrukcji jest niesamowita i świadczy o niezwykłych uzdolnieniach konstruktora. Robimy zdjęcie całej rodziny, która z dumą sadowi się na obiekcie naszych zainteresowań. Potem sami dosiadamy drewnianego rumaka : )

Dojeżdżamy do Sambe. Spokojnie przejeżdżamy przez całą miejscowość. Na wyjeździe jednak dogania nas motocykl oraz pickup z kilkoma facetami na pace. Podobno ominęliśmy posterunki graniczne. Spokojnie tłumaczymy, że jesteśmy już odprawieni i pokazujemy pieczątki wjazdowe do Kongo. Pomimo wyraźnych protestów Przemka, zabierają nam paszporty i każą jechać z powrotem do wsi. Tam zaczynają się problemy. Pijany policjant emigracyjny drze się na cały posterunek, ze w d… ma odprawę z poprzedniej miejscowości. Za formalności żąda 40.000 F. Oczywiście nie dajemy się sprowokować – no może trochę Przemek : ) Przez pół godziny prowadzimy jałową dyskusję. W końcu w drzwiach pojawia się mężczyzna z teczką – szef. Podwładny chwiejnym krokiem rusza w kierunku pryncypała, by w akcie wielkiej sympatii rzucić mu się na szyję : ) !!!

W poczuciu konsternacji, szef szybko rozpoznaje sprawę. Oddaje nam paszporty. Droga wolna! 

Od Sembe zaczyna się wyjątkowo zła droga. Do tej pory z przymrużeniem oka traktowaliśmy wszystkie ostrzeżenia. Jednak teraz zaczynają się potwierdzać z całą siłą.

Trakt robi się coraz węższy i węższy. W ostatnich dniach bardzo padało. Na każdym wzniesieniu auto ślizga się i kluczy pomiędzy głębokimi wypłuczynami. W obniżeniach terenu powstają głębokie i zdradliwe bajora. Jest już ciemno, kiedy droga zamyka się przed nami zieloną zasłoną. Przez kilka kilometrów auto toruje sobie drogę przez gęstwinę. To chyba już koniec! Po jakiejś godzinie dojeżdżamy do ukrytej w dżungli dużej wioski. Jest nadzieja, że lepsza droga zacznie się na wyjeździe. Przecież muszą mieć jakiś kontakt ze światem…

Są! Od wioski na mokrym piasku widać ślady opon. Jedziemy dzielnie za nieznajomym. Góry rozrytego błota wyraźnie zdradzają, że nie jest mu łatwo. Na kolejnym stromym podjeździe dostrzegamy ognisko. W połowie wzniesienia stoi duża ciężarówka. Podjeżdżamy i wysiadamy z auta. Szybko ustalamy, że auto utknęło tu na dobre. Przednie koła wpadły w głęboką bruzdę, a tylne ślizgają się bezradnie z czerwonej mazi. Nasi nowi znajomi grzeją się przy ognisku i czekają na świt. Sprawdzamy gęstwinę po jednej i drugiej stronie unieruchomionego kolosa. Wycinamy siekierą kilka drzew i przy użyciu wyciągarki przebijamy się do przodu. Po następnej godzinie stajemy przed kilkusetmetrowym odcinkiem głębokiego błota. Jesteśmy potwornie zmęczeni, wiec zmierzymy się z nim rano. Wracamy do najbliższych chat. Rozbijamy namiot na błotnistym podwórku, chyba jesteśmy tu sami. Chyba… 

 

09 lutego. Budzimy się niewiele bardziej wypoczęci. Nad namiotem wiszą ciemne chmury. Z ławki na środku podwórka obserwuje nas trzech dżentelmenów. Podchodzimy, witamy się, a kilka wspólnych zdjęć ostatecznie przełamuje lody.

Dostrzegam ścieżkę w dżunglę. Korzystam z chwili nieuwagi Przemka i wymykam się w gęstwinę. Droga najpierw wyraźna, po kilkudziesięciu metrach prawie niknie w roślinności. Idę z twardym postanowieniem, by dojść jak najdalej. Dookoła gęsta krzaczasta roślinność, bananowce, koprowce oraz potężne kilkudziesięciometrowe drzewa. Słychać odgłosy dżungli. Podkład robią owady, wydając dźwięki podobne do odgłosu świerszczy, potem dołączają się ptaki ze swoim świergotem i skrzeczeniem, a na końcu gdzieś z oddali słychać głośne pohukiwanie stłumione przez wilgotne powietrze.

Od czasu do czasu z koron drzew zrywają się wielkie ptaki, odgłosy wydawane przez potężne skrzydła brzmią niesamowicie.

Drogi już prawie nie widać, ale nie mogę się zatrzymać. Ciekawość i fascynacja nie pozwalają zawrócić. Dochodzę do strumienia. Tu ścieżka przystaje na moment, ale nie na długo, ześlizguje się po brzegu i idzie dalej. Po kolejnych kilkuset metrach gęstwiny zatrzymuje się na dobre przy kolejnym strumieniu. Siadam na zwalonym pniu drzewa i patrzę w górę. Przez soczysto zielone liście prawie nie widać nieba. Powietrze, pomimo wilgoci, jest rześkie i przyjemne. Z wysokich drzew spadają wielkie krople wody, by z hukiem rozbić się o liście bananowców. Zapominam o wężach i skolopendrach. Chłonę niepowtarzalny klimat równikowej dżungli.

Wracam mokry i solidnie podrapany. Na szczęście wysokie kalosze i mocne spodnie ochroniły nogi. Jestem przekonany, że minęła maksymalnie godzina… byłem w dżungli prawie dwie.

Szybko kończymy pakowanie. W świetle dnia, nocną trudność pokonujemy dość szybko. Dalej jednak znów dużo błota, kałuż, śliskich podjazdów i niebezpiecznych trawersów.

Po kilku godzinach dżungla się rozrzedza i powoli ustępuje miejsca wysokim trawą porastającym pobocza. Teren obniża się trochę i wypłaszcza. Miejsce podjazdów i trawersów, zajmują potwornie długie i głębokie kałuże. Woda ma kolor piaskowo-kawowo-mleczny i skutecznie pokrywa nasze auto. Defender z pokorą przyjmuje nowe barwy. Niestety przy kolejnej trudności nieodpowiednio dobraliśmy parametr prędkości do oczekiwanej głębokości rozlewiska. Auto wpada w wodę z takim impetem, że woda sięga nieoczekiwanie połowy szyby i wlewa się wartkim strumieniem przez kratki wentylacyjne prosto w moje kalosze. Straty są znaczne. Zalany telefon, radio i skrzynka bezpieczników. Po kilkunastu minutach jako pierwsze współpracy odmówiło radio, puszczając dwa czytelne dymne sygnały z przednich głośników. Od tego zdarzenia także klimatyzacja żyje własnym życiem.

Coraz częściej spotykamy na trasie grupki mężczyzn, którzy przy użyciu maczet starają się poszerzać najbardziej zarośnięte odcinki drogi. Nie jest to proste z dwóch powodów. Po pierwsze lat zaniedbań nie sposób już odrobić, po drugie najniższa roślinność dżungli (zwłaszcza przy drodze, gdzie ma więcej światła) jest niesamowicie gęsta i splątana. Część roślin, na mocnych łodygach ma tysiące zakrzywionych kolców, które boleśnie wbijają się w skórę i plączą wokół nóg. Próba przejścia przez przydrożną gęstwinę kończy się po… metrze. Bez maczety, można zapomnieć o podpięciu liny od wyciągarki choćby do najbliższego drzewa.

W czasach kolonialnych, każda wioska dostała rower i łopaty. Po każdym dużym deszczu wieśniacy objeżdżali rowerami swój rejon, a ewentualne ubytki szybko uzupełniali. Jakość dróg w tym okresie była bardzo dobra. Wymownie świadczy o tym infrastruktura, której resztki spotykamy na drogach. Betonowe mosty, przepusty, promy, nasypy. Wszystko to od lat sześćdziesiątych jest niszczone, rozkradane lub powoli niszczeje. Jestem pewien, że niedługo pewne odcinki będą już zupełnie nieprzejezdne. Widać to szczególnie w obu Kongo.  

O 14.45 kończymy najtrudniejszy i najbardziej odludny odcinek. Dojeżdżamy do Ketta i skręcamy na południe.

Wita nas szeroka, równiutka szutrowa droga. Konieczność uzupełnienia paliwa zmusza nas jednak do krótkiego pit stopu. Zatrzymujemy się przy przepuście. Miejsce jest  tak urokliwe, a woda tak czysta, że robimy dłuższy popas. Kąpiemy się, pierzemy i jemy zasłużony obiad – bagietkę z Nutellą.

Kolejne kilometry równą drogą. Szczęście jednak nie trwa długo. Po kilku godzinach pokazują się żółte Catepilary, a droga zamienia się w wielki plac budowy. Potem znów wije się trudną błotnistą drogą wśród traw. Jesteśmy zdziwieni, bo mapa wyraźnie wskazuje, że dobra droga zaprowadzi nas do samego Brazzaville.

Brnąc w błocie Defek pije bez opamiętania i szybko pojawia się problem z paliwem. Mamy co prawda w dodatkowy zbiornik z „nienaruszalną” rezerwą, jednak przepompowanie go do głównego było bardzo uciażliwe. W trakcie przygotowań zabrakło czasu na połączenie grawitacyjne i paliwo trzeba przepompowywać elektryczną pompą. Póki co, mamy jeszcze pełny kanister, więc odsuwamy problem na kilka godzin.

Teraz podziwiamy kolejne wioski i ich przemiłych mieszkańców. Zatrzymujemy się, witamy, robimy wspólne zdjęcia. Wśród śmiechu i drobnego zawstydzenia pokazujemy efekt pracy aparatu… lustro w dżungli to ciągle rzadkość.

Po około 170 km dojeżdżamy do szlabanu. Jest już ciemno i nie widać by ktoś miał się szybko pojawić. Czekamy cierpliwie, chociaż pokusa objechania przeszkody przybiera z każdą chwilą. Nagle z ciemności wyłania się kilkanaście osób. Otwieramy okno i witamy się grzecznie (jak zawsze). Policjanci informują nas, że za szlabanem jest przeprawa. Przejazd będzie możliwy jutro rano, ponieważ prom pływa tylko od siódmej do szesnastej. Na koniec kontrolują pobieżnie nasze dokumenty, wskazują miejsce na nocleg i zapraszają na posterunek rano.

Cofamy się kilkaset metrów i rozbijamy namiot przy najbliższych zabudowaniach.

Wioska rożni się już od osad mijanych w górach. Droga biegnie na jednej wysokości z poziomem podwórek, dookoła rosną wysokie palmy, a całość terenu pokrywa „mięciutki” jasny piasek.

Namiot rozbijamy pod palmą, pomiędzy Landkiem, a stojącym na kołkach starym busem marki Toyota. Wszystkie nasze działania są bacznie obserwowane i komentowane przez społeczność wioski. Każdy nowy sprzęt wyciągany z paki budzi żywe zainteresowanie. Trochę zachęceni sytuacją rozkładamy stół i krzesła (pierwszy raz od wielu dni) i siadamy do kolacji. Dziś spaghetti śmietanowe : ) Błyskawicznie do stołu zostają dostawione trzy plastikowe krzesełka i trzech uśmiechniętych mieszkańców towarzyszy nam przy kolacji. Z grzeczności częstujemy posiłkiem i próbujemy zebrać informacje o jutrzejszej przeprawie. Szczęśliwie jeden z gości jest dobrze zorientowany. Ustalamy, że pierwsza przeprawa jest o siódmej, a koszt to 30.000 FCFA (50 Euro). Po kolejnej wymianie uprzejmości i przekazaniu darowizny w postaci cukru i herbaty, nasz gość pisze na piasku 20.000… znów sukces Mistrzów Negocjacji : )

Kiedy goście w końcu idą spać, siedzimy w świetle księżyca, pijemy piwo i patrzymy na piękne afrykańskie niebo, dziś jest pełnia. Zasypiamy pełni wiary w jutrzejszy sukces…

 

10.02 Wstajemy o szóstej. Szybkie mycie, pakowanie. Przed siódmą przychodzi nasz znajomy i prowadzi nas w stronę promu. Znów dojeżdżamy do szlabanu. Czego nie było widać w nocy, tuż obok na wzniesieniu stoi pokaźny posterunek. Przemek idzie z dokumentami, a ja próbuję doprowadzić do porządku przednią szybę. Gdy jestem w połowie „odmaczania” pokaźnego chrząszcza, słyszę, że rozmowa wchodzi na niepokojące obszary. Nie mam dobrego dnia, więc wchodzę do pokoju i uprzejmie informuję, iż dziś żadnych dopłat nie będzie. Biorę dokumenty z biurka i wychodzę. Chcąc, nie chcąc, szlaban idzie w górę.

Droga na prom prowadzi przez rozlewiska i co chwilę przejeżdżamy przez bardzo wąskie i zarośnięte mostki. Są zbudowane z dwóch lub trzech potężnych pni, ociosanych trochę od góry.

Po godzinie docieramy w końcu do rzeki. Woda płynie szerokim na pięćdziesiąt metów i dość wartkim nurtem. Widać pozostałości po regularnej, zabezpieczonej stalowymi linami, przeprawie promowej. Posępne betonowe podpory boleśnie przypominają o doskonałej niegdyś infrastrukturze.

Stawiamy auto w cieniu i cierpliwie czekamy, aż z za zakrętu wyłoni stalowy prom i połyskując świeżą farbą w świetle wschodzącego słońca dobije leniwie do brzegu.   

Na razie jednak patrzymy na kolejne nadpływające pirogi i z uporem odrzucamy wciskają się w głowę myśl, jednoznacznie diagnozują objawy.

Ostatecznie nasze nadzieje rozwiały cztery duże pirogi ustawione przy brzegu, na które miejscowi zaczęli układać w poprzek kantówki, związując to wszystko… sznurkiem i paskami z lian. Pocieszające było to, iż materiały były złożone w małym zadaszonym magazynku. Co mogło oznaczać, że konstrukcja kilkakrotnie pokonała już trasę przeprawy.

Po skleceniu szkieletu, budowniczy przerwali pracę i korzystając z chwili przerwy postanowili doprecyzować warunki finansowe. Nie ma sprawy, jesteśmy przygotowani do dalszych negocjacji, chociaż uzgodniona wczoraj cena 20.000 wydaje nam się uczciwa, bo roboty chłopaki mają naprawdę dużo.

Szef grupy przeprawowej pisze na piasku 300.000 F. Spokojnie zamazuję ostatnie zero, bo pewno chłop ma braki w edukacji, i piszę uzgodnioną kwotę 20.000 F. On wygładza piasek i na mojej kwocie pisze 250.000 F. Znów zacieram ostatnie zero i mówię OK. W końcu pięć tysi to nie majątek. On dopisuje jedno zero i mówi OK… negocjacje weszły w poważny impas. Po kilkunastu minutach, zdając już sobie sprawę z fatalnego nieporozumienia, piszemy 120$ + matę termaresta Przemka z małą dziurką + 6 portfeli + długopisy + notesy. Radzą. Pada propozycja 300$ (150.000 F). My 150$ + gratisy. Oni 250$. My 200$. Oni 300$ (!!?!!) – kompletny brak konsekwencji – widać do głosu doszedł „beton” negocjacyjny. My ostatecznie 220$, ale już bez gratisów! Oni dalej 300$. Jesteśmy twardzi i bierzemy ich na przetrzymanie. W tym czasie chcemy przepompować paliwo ze zbiornika zapasowego do głównego.

Niestety elektryczna pompa paliwa odmawia posłuszeństwa i musimy całą operację przeprowadzić w tradycyjny sposób… smak paliwa towarzyszy mam już do końca dnia.

Po napojeniu Defka, wracamy do rozmów. Piszemy nasze 220$. Oni dalej swoje. Tłumaczą nam, że inna droga wiąże się z powrotem do Kamerunu i długą przeprawą przez Gabon. Choć z matematyki mają braki, to lekcje z geografii odrabiali sumienie. Doskonale zdają sobie sprawę, kto rozdaje tu karty!

Przystępujemy do ostatecznej rozgrywki. Pakujemy auto, rozdajemy długopisy i żegnamy się z żalem w oczach. Odjeżdżając powoli, z nadzieją patrzymy w lusterka… niestety nikt za nami nie biegnie. Przejeżdżamy 200m… i akceptujemy ich cenę. W końcu i tak duży sukces… Mistrzów Negocjacji ; )

Robota znów rusza pełną parą. Przemek krząta się wśród robotników, wyciąga kolejne pasy z defendera i spina solidnie konstrukcję w kilku miejscach. Doświadczenie żeglarskie nie poszło w las. W ruch idą gwoździe i młotki. Do poprzecznych kantówek robotnicy przybijają sześć długich dech. Po zakończeniu prac chrzcimy okręt dwoma kartonami „markowego” francuskiego wina.

Kiedy Defek stoi już dumnie na „promie”, Przemek przywiązuje do wyciągarki długą pomarańczową taśmę zakończoną plastikową butelką… Hmm (?!)

Choć pirogi zanurzone są po krawędzie burt, to przeprawa przebiega sprawnie i trwa nie dłużej niż 15 minut. O szesnastej auto dotyka piasku na drugim brzegu.

Szybko ruszamy w dalszą drogą. Musimy nadrobić stracony czas. Za promem znów rozlewiska i dużo błota. Po 15km mijamy dwóch chińskich geodetów, a niedługo potem wąska droga zamienia się w szeroki, czterdziestometrowy pas wyrwany dżungli. Wszystko wygląda bardzo przygnębiająco. Potężne buldożery równają teren bez wstępnej wycinki. Na bokach leżą połamane i pomiażdżone resztki potężnych drzew.

Wioska, w której nocowaliśmy i przeprawa leżą na odcinku nie objętym jeszcze pracami. Jednak jest to kwestia najbliższych lat. Szeroki pas przyszłej inwestycji zrówna z ziemią domy, a most zabierze pracę jej mieszkańcom.

Jadąc dalej widzimy wiele wiosek, pozostawionych pomiędzy kolejnymi odcinkami budowy. Niestety ich los jest już przesądzony. Czy ich mieszkańcy są przygotowani na szok cywilizacyjny? Czy zdają sobie sprawę z rozmiaru zmian? Co stanie się z tymi ludźmi, którzy od dziesięcioleci osiedlali się przy wąskiej spokojnej drodze przez dżunglę, tworząc społeczność tych niedostępnych terenów.

To prawda, że będą sklepy, cola, autobus do szkoły, łatwiejszy kontakt ze stolicą, z czasem mały szpital. Może mieszkańcy mają już dość „zielonego” i chcą cywilizacji. Nie wiem…

Wiem natomiast, że można inwestycje prowadzić zupełnie inaczej. Można budować normalne drogi, a nie prowadzić wyrębu pod sześciopasmową „autostradę”, którą i tak dziennie przejedzie tylko kilkanaście samochodów. Takie normalne drogi są w Kamerunie, w Burkina, w Mali. Spełniają doskonale swoje zadania, pobudzają lokalne społeczności, nie unicestwiając ich przy okazji…

Dojeżdżamy do Makaua i o 18.30 przekraczamy RÓWNIK.

O tym, co nastąpiło w dalszej części dnia Przemek zabronił mi pisać… może wybranym kiedyś opowie… : )

Płynnie przejdźmy więc do…

 

11 lutego. Pobudka o 6.30 (po 2h snu). Do Brazzaville mamy już tylko 130km. W nocy ruch był bardzo mały, ale teraz jest zupełnie inaczej. Ciemnozielone busy i taksówki, zbierają setki osób z niekończących się wsi i pędzą w kierunku stolicy. Zdecydowana większość ludności mieszka w Brazzaville i na wybrzeżu.

W Kongo bardzo dużym problemem jest paliwo. Pierwszą stację znajdujemy dopiero na przedmieściach Brazzaville. Mijamy co prawda dwie po drodze, ale są zamknięte na cztery spusty. Na kraj o długości 1000km to trochę mało. W wioskach często można spotkać przydrożne tabliczki z napisem essence/gazol, ale to dopiero 200km od stolicy. Właśnie dlatego, transport pasażerski na północy kraju praktycznie nie istnieje. Jedynym środkiem transportu są ciężarówki. Ludzie siedzą na dachach, na ładunkach, a czasami nawet w zamkniętych skrzyniach ładunkowych, co przy panujących temperaturach jest niezłym wyzwaniem.

Przed stolicą teren obniża się znacznie, robi się niepokojąco gorąco i parno. Jedziemy przez zielone wzgórza, porośnięte trawą i małymi drzewami.

Dojeżdżamy do przedmieścia. Jak wszędzie jest nadpobudliwie i tętniące życiem. Setki sklepików, straganów, warsztatów oraz obowiązkowy korek po horyzont, powodowany przez niezliczone pasażerskie busy… nie praktykuje się tu zatoczek autobusowych.

Pewną ciekawostką przedmieść są także prywatne cmentarze. Nawołują z przydrożnych reklam do zakupu kwatery w promocyjnych cenach. Jedne parcele są wykorzystane do granic możliwości, natomiast na innych stoi zaledwie kilka grobów. Czuć niewidzialną rękę rynku.

Po wjeździe do miasta trochę „zwiedzamy”, potem jemy obiad, robimy zakupy i tankujemy do pełna 200 litrów świeżutkiej ropy. Robimy także pierwsze podejście po wizę Angoli. W ambasadzie uzyskujemy jednak informację, że wizę tranzytową otrzymamy bez problemu na przejściu granicznym.

Do promu dojeżdżamy o trzynastej. Z informacji uzyskanych wcześniej, procedury odprawy wyglądają dość jasno. 10.800 FCFA (17 euro) za wjazd na terminal, a potem ok. 25.000 (38 euro) za prom w kasie przystani. Rzeczywistość jest zgodna się z ustaleniami tylko do momentu wjazdu na terminal (faktycznie 10.800). Potem wypadki toczą się już zupełnie innym biegiem.

Przemo pewnie idzie do kasy, jednak tam kierują go do pośredników „ułatwiających” przeprowadzenie wszystkich formalności. Znajdujemy jednego pod kilkusetmetrową ścianą portowego magazynu. W zasadzie nie różni się niczym od setki stojących tam mężczyzn, jednak to właśnie ON został wskazany przez pracownika kasy. Przystępujemy do wyceny biletu. Pada cena 25.000. Myślimy OK. Ale to nie koniec. To było za samochód z kierowcą. Teraz drugie 25.000 za pasażera i jeszcze 5.000 za bagaż. Razem 55.000. Zgadzamy się wstępnie i pośrednik prowadzi nas do kasy. A właśnie tam chcemy dokończyć negocjacje. Proponujemy 30.000 i mówimy, że nie mamy więcej (co niewiele odbiega od prawdy). W końcu staje na normalnej cenie bez prowizji „ON’EGO”. Płacimy 25.000 + 6.500 za dodatkowy bilet dla pasażera.

Nasz prom odpływa o szesnastej, ale pod bramę nabrzeża mamy się zgłosić godzinę wcześniej. Coś nas jednak tknęło, aby przyjechać jeszcze kwadrans wcześniej.

Tak jak czuliśmy, przy próbie wjazdu okazuje się, że nie mamy (choć mam się wydawało, że mamy) dopełnionych wszystkich formalności celnych. Na szczęście zapędzamy jedynego pomocnego policjanta do auta i pędzimy na drugi koniec portu. Po drodze zjada mam pół paczki czekoladowych ciasteczek, jednak jest to świetna inwestycją, bo wracamy pod bramę ze statusem VIP-a. Nasz znajomy sprawnie rozgania pojazdy i tłoczących się przy bramie pasażerów. Macha nam jeszcze na pożegnanie, gdy po czterech różnie ważnych kontrolach biletów, w końcu wjeżdżamy na prom. 

Idę wmieszać się w tłum by spróbować zrobić kilka zdjęć, Przemek natomiast siada na dachu naszego auta w samym centrum zamieszania.

Na małym promie tłoczą się cztery samochody oraz kilkusetosobowy tłum. Panuje twarda szkoła życia. Dobrze zbudowani promowi ochroniarze, uzbrojeni w gumowe węże, co pewien czas wyławiają z tłumu jakiegoś „gapowicza” lub wyrównują dawne porachunki. Pomimo dużej brutalności nikt nie protestuje, widać wszyscy dobrze się znają.

Ciekawym zjawiskiem jest wykorzystywanie osób niepełnosprawnych do przewożenia towarów. Na pokładzie stoi kilkanaście trzykołowych wózków inwalidzkich załadowanych rożnymi towarami. Możemy się tylko domyślać, że chodzi o zwolnienia celne lub zniżkę na bilet.

Stoję na galerii i z ukrycia robię pierwsze zdjęcie. Siedzący obok staruszek, z powagą pokazuje złączone nadgarstki, a potem robi znaczący ruch w okolicach szyi. Zmieniam pozycję. Czym byłby tekst bez dobrych zdjęć…

Przemek także otrzymuje kilka ostrzeżeń, ale to już inna opowieść…

Po 45 minutach prom dobija do pirsu, chociaż trapy jeszcze pozamykane, ludzie tłoczą się do wyjścia. Siedzimy w aucie, a nasz Defender kołysze się systematycznie pod naporem tłumu. Gdy trapy w końcu zostały otwarte, a kurz opadł, spokojnie wydostajemy się na nabrzeże. Przemek pomaga jeszcze wyjechać zdezelowanemu Mercedesowi, który został pokonany przez pochyłość platformy i poddał się ostatecznie przy kolejnej próbie wyjazdu.

Oddajemy dokumenty oficerowi granicznemu i witamy się z Panem Tomaszem. We wcześniejszych kontaktach Pan Tomek, zaofiarował nam swoją pomoc w Kongo Demokratycznym. Korzystamy z niej już przy odprawie, która okazuje się najtrudniejszą i najbardziej skomplikowaną ze wszystkich dotychczasowych.

Na początek auto zostaje poddane dezynfekcji za 60 $ oraz przechodzi dokładną kontrolę celną. W trakcie dezynfekcji wdaję się w krótką rozmowę z lekarzem w białym kitlu. Z przekonaniem tłumaczy ile niebezpiecznych chorób gnieździ się na naszym aucie. Potem kilka minut spryskuje Defka przezroczystą cieczą. Niestety zapomniał o niebezpiecznych chorobach na dachu, podwoziu oraz lewym reflektorze… : )

W tym czasie Przemek wędruje z dokumentami przez kolejne urzędnicze pokoje.

Gdyby nie pomoc Tomka… wędrowałby tam do dziś.

Po dwóch godzinach wjeżdżamy do Kinszasy. Stolica  Kongo Demokratycznego (dawny Zair) jest miastem stosunkowo nowoczesnym. Zdecydowanie najnowocześniejszym ze wszystkich dotychczas odwiedzonych. Jednak burzliwa historia odcisnęła się na klimacie tego miasta. Wysokie mury i kilometry drutu kolczastego przypominają o pijage’ach, które pustoszyły to miasto dwukrotnie. Pierwsza masowa grabież odbyła się na początku lat dziewięćdziesiątych i skutecznie wygoniła resztę białej ludności, która przetrwała zairyzację prezydenta Mobutu. Aktualnie na wschodzie trwa wojna domowa o podłożach ekonomicznych. Walka toczy się o złoża kobaltu, złota i diamentów. Co prawda pod koniec stycznia aresztowano w Rwandzie, przywódcę rebelii, generała Nkundę, ale złożoność problemu i wielkie światowe pieniądze zaangażowane w eksploatację kopalń, nie wróżą szybkiego zakończenia konfliktu. Walki nie oszczędzają ludności cywilnej, wyróżniają się bezwzględnością i wielkim okrucieństwem.

Kolejne dwa dni spędzamy w domu Tomka. Gości nas z całą serdecznością i pomaga w wielu sprawach. Opowiada także o blaskach i cieniach życia w Afryce.

Jeszcze raz bardzo Ci Tomku dziękujemy : )

 

13 lutego. Jedziemy do ambasady Angoli. Może w Kinszasa otrzymamy wizę od ręki. Niestety pierwsze podejście kończy się sromotną porażką. Z powodu braku długich spodni, zostajemy wyproszeni z terenu ambasady. Dobrze, że Tomek wygląda porządnie więc pobiera wnioski wizowe i uzyskuje trochę informacji.

Wnioski oczywiście możemy złożyć, ale termin rozpatrzenia nie jest znany. Godło Angoli wiele mówi o panującym systemie… nie powinniśmy się dziwić.

Po kolejnych telefonach, Tomek oferuje nam pomoc swojego przyjaciela w Matadi. Tam jest konsulat i przejście graniczne. Zgadzamy się, bo to zawsze kilkaset kilometrów do przodu, a i uzyskanie wizy w mniejszym mieście wydaje nam się łatwiejsze.

Po 300 km jazdy, docieramy położonego na wzgórzach portowego miasta. Jest wieczór, ale i tak doskonale widać dawne bogactwo i klimat tego miejsca. Mijamy typową zabudowę kolonialną. Piękne wille, budynki administracji portowej i spółek żeglugowych, wysoki dom towarowy, kościół, skwery. Wszystko zniszczone, chyli się ku upadkowi. Tomek polecił nam hotel Metropol, położony przy głównym placu. To najstarszy hotel kolonialny w Kongo. Tam spotykamy się z Didierem i ustalamy szczegóły jutrzejszej wizyty w konsulacie.

Budynek jest perłą architektury kolonialnej. Jest zbudowany na obrysie trójkąta. Dwie strony patrzą na port i piękny wiszący most przez rzekę, trzecia natomiast wychodzi na plac. Trójkątny dziedziniec, położony u podstawy wysokich ścian zapewnia chłód.

Na ostatnim piętrze dwie restauracje. Większość wyposażenia niestety jest zniszczona lub zdekompletowana. Jednak piękno architektury rekompensuje nam wszystkie braki. Wyobrażamy sobie to miejsce w czasach jego świetności.

Jedynym plusem jest aktualna cena noclegu. Za dwie osoby płacimy 80$.        

 

14 lutego. Rano spotykamy się Didierem i idziemy do konsulatu, który w sobotę podobno normalnie pracuje. Konsulat znajduje się w dość specyficznym miejscu.

Droga najpierw prowadzi brudną ulicą, potem równie brudnym bazarem, by skończyć ostatecznie na bramie budynku. Dla pewności oglądamy mur posesji. Zakurzone godło Angoli jednoznacznie potwierdza, że jesteśmy we właściwym miejscu. Za małym zakratowanym okienkiem siedzi strażnik. Niestety dziś nie przyjmuje się interesantów. Wnioski możemy złożyć dopiero w poniedziałek rano : (

Korzystając z wolnego dnia, jedziemy na wycieczkę do Boma. Położone 120 km w dół rzeki, jest największym portem Kongo.

Niestety Boma to kolejne zdewastowane miasto. Żal ściska serce.

Problem kolonializmu jest bardzo złożony i często bolesny. Trudno jednak nie winić Afrykańczyków o kompletną niegospodarność oraz brak umiejętności zarządzania majątkiem i infrastrukturą pozostawioną przez państwa kolonialne. Poza drogami, praktycznie nie widzieliśmy żadnych inwestycji. Wszystko jest doraźne, sklecone prowizorycznie, jakby właściciel miał jutro zamknąć interes. Nikt nie inwestuje, nie myśli o odtwarzaniu zużytego majątku. Jadąc przez kilkusetmetrowe przydrożne targowisko, na próżno szukać choćby jednej nowej deski.

W miejscowym języku Lingala, nie ma czasu przyszłego…   

  

15 lutego. Kompletnie nieróbstwo.

 

16 lutego. O dziewiątej spotykamy się z Didier i ruszamy do konsulatu Algoli. Mam wrażenie, że droga przez bazar jest jeszcze bardziej uciążliwa. Być może w weekend smród trochę wypoczął i teraz ze zdwojoną siłą zaatakował moje nozdrza.

W konsulacie przywitał nas postawny mężczyzna w nienagannie wyprasowanej niebieskiej koszuli. Didier sprawnie wyłożył mu sprawę. Coś drgnęło. Na razie nie wiadomo, w którym kierunku, ale każdy jest lepszy niż trwanie w bezruchu.

Nasz przyjaciel pisze w naszym imieniu podania o wizy, a my uzupełniamy dokumenty o kopię paszportów i zdjęcia. W pewnym momencie nastąpił drobny zgrzyt. Didier w trakcie rozmowy oparł się bezczelnie o błyszczący fornir biurka. Urzędnik skarcił go wzrokiem, po czym wyciągnął z szuflady szmatkę i usunął odciśnięte łapska Didier’a. Skorygował po tym jeszcze pozycję telefonu, który niebezpiecznie zbliżył się do sektora zarezerwowanego dla spinaczy.

Po skompletowaniu dokumentów wykonał telefon i do pokoju weszła młoda kobieta. Instynktownie próbowaliśmy nawiązać kontakt wzrokowy, niestety nieznajoma od razu zajęła się wertowaniem naszych paszportów. Mój został szybko zdyskwalifikowany, ponieważ brakowało wolnej kartki (nie strony-kartki!). No to mam big problem, pomyślałem. I tu, ku naszemu zdziwieniu, dotychczas zupełnie nieprzychylny pan w niebieskiej koszuli, wziął mój paszport i przeglądając powoli, wskazał pani kartkę, która z drugiej strony miała tylko jedną małą pieczątkę (z Antarktydy zresztą : )   

Pocmokała, pomlaskała, ale w końcu nasze dokumenty powędrowały na górę, a my powędrowaliśmy do poczekalni na trawniku.

Poproszono nas po godzinie. W pokoju, tym razem zastaliśmy już cztery osoby. Za biurkiem „niebieskiej koszuli” siedziała korpulentna, ale sprawiająca miłe wrażenie, kobieta – sama Pani Konsul !

Zamieniła z nami kilka zdań po francusku, po czym przystąpiliśmy do wypełniania kolejnych formularzy oraz do uiszczenia opłaty (30$ za sztukę). Po zakończeniu formalności i umieszczeniu naszych dokumentów w dwóch osobnych teczkach, Pani Konsul zaprosiła nas na spotkanie… w dniu jutrzejszym!

Wchodzimy załamani. W pewnym momencie, Przemo zawraca i bez słowa idzie wprost  do pokoju Pani Konsul… Po piętnastu długich minutach uśmiecha się tylko tajemniczo, odbiór o… trzynastej!

Czart, nie facet!

Po powrocie do hotelu odnotowaliśmy jeszcze tylko drobne problemy z zapłaceniem za pobyt, ponieważ kolejne banknoty dwudziestodolarowe były eliminowane z powodu różnych niedoskonałości. W końcu setka przełamała lody i mogliśmy się wymeldować.

Niestety przy wyjściu zatrzymuje nas oficer emigracyjny Republiki Kongo z prośbą o okazanie paszportów. No nie mógł sobie skubaniec lepszej chwili wymyślić! Próbujemy wykpić się kopiami, ale mamy do czynienia z zawodowcem. Maja być oryginały i to szybko! Chce potwierdzić wizy i datę przekroczenia granicy. Nie interesuje go, że paszporty mamy w konsulacie. Problem pęcznieje i narasta z każdą minutą.

Znów dzielimy zadania. Ja wymykam się po „angielsku” i pędzę co sił do konsulatu, a Przemek z Didierem starają się załagodzić całą sytuację. Kiedy wracam spocony jak mysz (jest chyba z 40 stopni!), wszyscy siedzą już spokojnie w hotelowej restauracji… „zmiękczacz” zadziałał.

Na granicy zjawiamy się o czternastej z pachnącymi wizami w paszportach.

Liczymy na szybką i miłą odprawę. Niestety pogranicznik wskazuje nam parking i zaprasza do biura. Miły, choć trochę ociężały w ruchach oficer przegląda nasze dokumenty. Z namaszczeniem otwiera pokaźnych rozmiarów zeszyt, aby w rząd kolumn wpisać niezbędne informacje. Niestety strona zapisana jest do samego dołu, a na następnej brak odpowiedniego podziału. Rozpoczyna się więc bolesny proces pomiarów i przenoszenia kolumn na kolejną stronę zeszytu. Musiałem wyjść na chwilę, bo doprowadził mnie do stanu, w którym chciałem wyrwać mu linijkę, trzepnąć po łapach i dokończyć pracę w pół minuty.

Skończył. Teraz przyszedł czas na wpisanie informacji. Zapełnienie dziesięciu kolumn zajęło mu tylko piętnaście minut. Gdy sukces był już blisko, wszedł przełożony i zaczął zerkać w zeszyt przez ramię podwładnego. Niestety dwie ostatnie kolumny zrobił za wąskie i teraz wpisane tam informacje zajmowały trzy ściśnięte wiersze, a ich czytelność była żadna.

Już widziałem wyrwaną kartkę w śmietniku i to jak duszę „ślimaka” gołymi rękami.

Na szczęście zakończyło się tylko na opirniczeniu i kiwaniu głową. Teraz na warsztat wszedł paszport Przemka…

Dzięki bogu Kruszon uporał się z kongijskimi celnikami dużo szybciej i po godzinie patrzyliśmy już na flagę narodową Angoli. Obok szlabanu granicznego, stoi uzbrojony po zęby żołnierz angolski. Efekt grozy potęguje dopracowana pozycja, której pozazdrościłby sam John Rambo. Pozdrawiamy go dla żartu, ale zdecydowanie nie ma poczucia humoru. Oficerowie graniczni są już jednak dużo sympatyczniejsi i bardzo pomocni, zwłaszcza kiedy musimy uporać się z formularzami wjazdowymi napisanymi po portugalsku. Wszystko idzie szybko i sprawnie. Już widzieliśmy Defka pędzącego równym angolskim asfaltem, gdy następuje kolejny zwrot akcji… wizę mamy ważną od siedemnastego lutego : ((( !!!

Paszporty wędrują do szuflady naczelnika, a my wędrujemy na podwórko. Jutro o ósmej możemy wpaść po paszporty…

O siedemnastej przejście pustoszeje. Zostaje tylko Rambo i kilka cywilnych osób.

Najpierw zaprzyjaźniamy się z dzieciakami z dwóch sąsiadujących domów. Rozdajemy parę długopisów i już mamy wiernych towarzyszy niedoli. Potem przychodzą dorośli z podziękowaniem za prezenty dla maluchów i proponują poczęstunek (niestety nie możemy się ruszyć). Na koniec mięknie serce Johnowi i pozwala nam rozłożyć biwak pod budynkiem celników. Równy gość, po kolejnej godzinie jesteśmy już po imieniu.

Wieczór mija spokojnie. Siedzimy na werandzie i patrzymy na burzowe chmury płynące po niebie. Ciemnymi brzuchami prawie dotykają zielonych wzgórz.

 

 

Comments are closed.